Ale jakimże zdziwieniem przeniknięty został nasz przyjaciel, gdy został przedstawiony naczelnikom i wśród nich — w poważnym, okazałym stroju — zobaczył przyjaciela Jarnę!

— Nie na próżno — zawołał tenże — zmieniłem dawniejsze nazwisko swoje na bardziej znaczące: Montan. Znajdujesz mnie tutaj wtajemniczonego w skały i rozpadliny i szczęśliwszego w tym ograniczeniu pod i nad ziemią, niż pomyśleć sobie można.

— Więc, jako wysoce doświadczony, będziesz teraz — odrzekł wędrowiec — hojniejszy w objaśnianiu i nauce, niż byłeś względem mnie na owych urwiskach skalnych.

— Wcale nie! — odparł Montan — góry są niemymi mistrzami i wytwarzają milczących uczniów.

Przy licznych stołach pożywiano się po tej uroczystości. Wszyscy goście, jacy przybyli, zaproszeni czy niezaproszeni, należeli do rzemiosła. Z tego więc powodu i przy stole, przy którym usiadł Montan ze swym przyjacielem, zawiązała się natychmiast stosowna do miejsca rozmowa. Rozprawiano szeroko o górach, chodnikach i pokładach, o rodzajach przejść i kruszcach tej okolicy. Ale potem rozmowa przeszła na rzeczy ogólniejsze i ni mniej, ni więcej, tylko o stworzeniu i powstaniu świata gadano.

Lecz wtedy niedługo bawiono się w spokoju — owszem, wywiązał się zaraz spór żywy.

Bardzo wielu chciało wyprowadzać ukształtowanie ziemi naszej z powolnie opadającego i zmniejszającego się wód zalewu. Przytaczali na poparcie szczątki organiczne mieszkańców morza, znajdowane zarówno w górach najwyższych, jak i na płaskich pagórkach. Inni natomiast w sposób gwałtowniejszy kazali najpierw żarzyć się i topnieć, a nawet zgoła ogniem się palić, który dostatecznie się napracowawszy na powierzchni, skrył się na koniec w głębi największej, lecz wciąż jeszcze o działaniu swym świadczył szalejącymi nieposkromienie na morzu i na lądzie wulkanami i za pomocą kolejnych wybuchów i niby jedne za drugimi napływających law najwyższe tworzył góry. Inaczej myślącym przypominali w ogólności, że przecież bez ognia nic się rozgrzać nie może i że działający ogień każe się zawsze domyślać ogniska. A jakkolwiek wydawać się to mogło zgodne z doświadczeniem, niektórzy jednak tym się nie zadowalali, utrzymując, że potężne w łonie ziemi, całkiem już gotowe stwory, za pośrednictwem niepokonanie elastycznych potęg, wyrzucone zostały poprzez skorupę ziemską w górę, a w tym zamieszaniu niektóre ich części, w sąsiedztwie i w dali — wkoło porozpraszane i porozbijane. Powoływali się przy tym na pewne zjawiska, których niepodobna byłoby wyjaśnić bez takiego przypuszczenia. Czwarta, chociaż może nieliczna, gromadka śmiała się z tych daremnych wysiłków i zapewniała, że pewne okoliczności na powierzchni ziemi naszej nigdy by wyjaśnić się nie dały, gdyby się nie przyjęło, że większe i mniejsze gór przestrzenie spadły z atmosfery i pokryły ląd wzdłuż i wszerz. Powoływali się na większe i mniejsze głazy, które znaleziono w wielu okolicach rozproszone i które za dni naszych nawet uznano za spadłe z góry. Wreszcie dwóch czy trzech cichych gości przyzywało na pomoc okres srogiego zimna, widząc w duchu, jako z najwyższych łańcuchów gór na daleko w niziny zwieszonych lodowcach przygotowane były niby śliskie drogi dla ciężkich głazów pierwotnych, które przesuwały się nimi coraz to dalej i dalej. Gdy nastąpiła epoka topnienia, miały się one zapaść i na wieki pozostać w obcej ziemi. A przy tym na krach pływających miało się wtedy stać możliwe przenoszenie olbrzymich odłamów skał z północy. Ci atoli poczciwi ludzie nie mogli wyrobić posłuchu dla swego trochę chłodnego zapatrywania. Uważano za rzecz nieporównanie bardziej naturalną złączyć stworzenie świata z kolosalnym łomotem i stukiem, z dzikim szałem i ognistymi wybuchami. A że zresztą żar wina silnie współdziałał, wspaniałe święto o mało się nie zakończyło bójkami śmiertelnymi.

Przyjacielowi naszemu zrobiło się mętnie i ciemno w duszy, boć on po staremu pieścił w cichej myśli swej owego ducha, co się unosił nad wodami, i ów potop, co na piętnaście łokci najwyższe góry zalewał. Wśród tych dziwnych rozpraw świat tak dobrze urządzony, zarosły i ożywiony, zdawał się w jego wyobraźni rozpadać chaotycznie.

Nazajutrz nie omieszkał zapytać o to poważnego Montana, wołając:

— Wczoraj nie mogłem cię zrozumieć. Wśród tylu bowiem dziwacznych rozmów i gadaniny spodziewałem się w końcu usłyszeć twoje zdanie i decyzję. Zamiast tego byłeś raz po tej, to znów po owej stronie i starałeś się ciągle wzmocnić mniemanie tego, kto w danej chwili przemawiał. Teraz atoli powiedz mi na serio, co myślisz, co wiesz o tym.