Ale że i to nie jest tym, com chciał powiedzieć, więc się postaram z innej jakiejś strony dojść do moich zwierzeń.
*
To właśnie jest smutną stroną oddalenia od przyjaciół, że nie możemy w natychmiastowym związku i połączeniu przedstawić i wyrazić ogniw pomocniczych myśli naszych, które się wobec nich tak szybko jak błyskawice wzajem rozwijają i przeplatają. A więc najprzód podam jedną z najwcześniejszych historii wieku młodzieńczego.
*
My, dzieci wychowane w starym, poważnym mieście, wyrobiłyśmy w sobie pojęcie ulic, placów, murów, a następnie wałów, ich spadzistości i sąsiednim murem obwiedzionych ogrodów. Ażeby nas, a raczej siebie samych wyprowadzić raz przecież na świeże powietrze, rodzice nasi umówili się od dawna z przyjaciółmi ze wsi co do wciąż odkładanej przejażdżki. W końcu na Zielone Święta bardziej natarczywe się stało zaproszenie i propozycja, do których zastosowano się pod tym jedynie warunkiem, iż się tak wszystko urządzi, żeby się na noc mogło wrócić do domu — gdyż spać w innym, a nie w swoim łóżku, do którego się nawykło, wydało się niepodobieństwem. Uciechy dnia ześrodkować w tak szczupłym czasie było zaiste trudno. Należało odwiedzić dwóch przyjaciół i zaspokoić ich pretensje z powodu rzadkich kontaktów. Ale tymczasowo miano nadzieję, że się wszystko spełni z wielką punktualnością.
Na trzeci dzień świąt wszyscy wstali jak najwcześniej, rześcy i gotowi. Powóz zajechał o wyznaczonej godzinie. Niebawem pozostawiliśmy już za sobą wszystkie ograniczenia ulic, bram, mostów i okopów — świat otwarty, daleko się rozciągający, odsłonił się przed niedoświadczonymi. Zieloność, niedawnym deszczem dopiero co odświeżona na rolach i łąkach, jaśniej w mniejszym lub większym stopniu występująca w ledwie co rozpękłych pączkach krzewów i drzew, białość na wsze strony się rozwijająca kwiecia drzew owocowych — wszystko dawało nam przedsmak szczęśliwych, rajskich godzin.
W porę przybyliśmy na pierwszą stację do zacnego księdza. Przyjęci najserdeczniej, spostrzec mogliśmy niebawem, że przerwana uroczystość kościelna nie była usunięta sprzed umysłów szukających spokoju i swobody. Po raz pierwszy przyglądałem się z radosnym zainteresowaniem gospodarstwu rolnemu. Pług i brona, wozy i taczki wykazywały bezpośrednią swą użyteczność. Nawet wstrętna dla wzroku mierzwa141 wydawała się rzeczą najniezbędniejszą w całym tym otoczeniu. Zbierano ją starannie i do pewnego stopnia ładnie przechowywano. Ale te spojrzenia, świeżo zwrócone na przedmioty nowe, a jednak łatwe do pojęcia, bardzo rychło skierowały się na to, co można było spożywać: ciasta apetyczne, świeże mleko i wiele innych wiejskich przysmaków zwróciły naszą pożądliwą uwagę. Spiesznie zajęły się następnie dzieci, opuszczając ogródek przy domu i gościnną altanę, wykonaniem w sąsiednim lasku obowiązku, który nałożyła na nie stara, rozważna ciotka. Miały one zebrać — jak można najwięcej — pierwiosnków i zawieźć je starannie do miasta, ponieważ gospodarna matrona zwykła była przygotowywać z nich różne zdrowe napoje.
Kiedyśmy tedy wśród tego zajęcia biegali po łąkach, przy skrajach i płotach, przyłączyło się do nas wiele dzieci ze wsi, a miły zapach zbieranych kwiatów wiosennych stawał się jakby coraz bardziej orzeźwiający i bardziej balsamiczny.
Tyle już nagromadziliśmy łodyg i kwiecia, żeśmy nie wiedzieli, co z nimi począć. Zaczęto teraz odrywać żółtawe korony kwiatów, gdyż o nie tylko właściwie chodziło. Każdy starał się jak najwięcej wsypać do swego kapelusika czy do swej czapeczki.
Otóż starszy z owych chłopców, mało co wyprzedzający mnie latami syn rybaka, którego ta robota z kwiatami nie zdawała się bawić, chłopiec, który wraz z pojawieniem się swoim zaraz mnie pociągnął szczególnie ku sobie, zawezwał mnie, żebym z nim poszedł ku rzece, dosyć tu szerokiej, przepływającej w niewielkiej odległości. Usiedliśmy z wędkami w cienistym miejscu, przy którym w głębokiej, spokojnej, jasnej wodzie niemało się rybek poruszało. Nauczył mnie przyjaźnie, o co tu chodzi, jak przymocowywać przynętę do haczyka — i udało mi się kilkakrotnie, raz po raz wydobyć na powierzchnię najmniejsze z owych stworzeń wbrew ich woli. Kiedyśmy tak, oparci o siebie, spokojnie siedzieli, on jakby nudzić się zaczął i zwrócił uwagę moją na warstwę żwiru, spuszczającego się z naszej strony do rzeki. «Toż to najpiękniejsza sposobność do wykąpania się», mówił, a w końcu poskoczywszy, zawołał, że nie może się oprzeć pokusie. I zanim się spostrzegłem, zbiegł na dół, rozebrał się i rzucił do wody.