Otóż był taki właśnie wypadek, że popierała niegodnego. Robiła, co mogła, aby go przepchnąć. Sprawa przybrała pomyślny dla niej obrót, a tu na szczęście trafiły się jej raki, jakie rzadko widywano. Miały być starannie hodowane i powoli posyłane na stół wysokiego protektora, który zazwyczaj sam na sam jadał bardzo licho.

Zresztą nieszczęsne owo zdarzenie dało powód do wielu rozmów i wzruszeń towarzyskich. Ojciec mój był w owym czasie jednym z pierwszych, którego ogólny nastrój filantropijny popychał, by swoją uwagę i troskę rozciągnąć poza rodzinę, poza miasto. On to, wraz z rozumnymi lekarzami i krewnymi w policji, dokładał starań, by usunąć wielkie przeszkody, jakie z początku spotykało szczepienie ospy. Większa troskliwość w szpitalach, bardziej ludzkie obchodzenie się więźniami i co z tym w związku pozostaje, było zadaniem jeżeli nie życia jego, to czytania i namysłu. Przekonania też swoje wygłaszał wszędzie i niejedno dobro spełnił tym sposobem.

Uważał on społeczeństwo obywatelskie, pod jakim bądź zresztą żyjące rządem, za stan natury, mający swoją dobrą i swoją złą stronę, swoje zwykłe tryby życia, po kolei obfite i liche lata, nie mniej przypadkowe i nieregularne gradobicia, powodzie i pożary. Dobro należało — zdaniem jego — chwytać i spożytkowywać, złe odwracać albo znosić. Ale nic bardziej pożądane nie było nad rozszerzenie powszechnej dobrej woli, niezależnie od wszelkiego innego warunku.

Wskutek takiego nastroju umysłu musiał być skłonny, by dawniej już poruszoną sprawę dobroczynną uczynić znowu przedmiotem rozmowy: było nią cucenie pozornie umarłych, w jakikolwiek zresztą sposób zewnętrzne oznaki życia zaginęły. Wśród takich rozmów posłyszałem, że u owych dzieci próbowano i używano środków wprost przeciwnych — co więcej, że je w pewnej mierze wtedy dopiero zabito. Dalej utrzymywano, że może przez puszczenie krwi można było pomóc im wszystkim. W zapale młodocianym postanowiłem sobie po cichu, by żadnej nie zaniedbać sposobności nauczenia się wszystkiego, czego w takich wypadkach potrzeba, a zwłaszcza puszczania krwi i tym podobnych rzeczy. Atoli jakżeż prędko porwała mnie ze sobą codzienność życia! Potrzeba przyjaźni i miłości zbudziła się; na wsze strony się oglądałem, by ją zaspokoić. A tymczasem zmysły, wyobraźnia i umysł nadmiernie zajęły się teatrem. Dokąd mnie to zaprowadziło i jak zbłąkało, nie potrzebuję powtarzać.

*

Atoli kiedy i po tej szczegółowej historii wyznać muszę, żem wciąż jeszcze nie doszedł do zamierzonego celu, i że tylko manowcem mogę się spodziewać dotrzeć do niego — cóż mam powiedzieć? Jak się mogę usprawiedliwić? Bądź co bądź, mógłbym przytoczyć, co następuje: Jeżeli wolno humoryście setne i tysiączne rzeczy mieszać ze sobą; jeżeli po junacku pozostawia on czytelnikowi wydobycie w końcu na wpół wyraźnie tego, co z tego wszystkiego jest do wzięcia, to czyżby nie należało przyznać prawa rozsądnemu, rozumnemu, w sposób pozornie dziwny oddziaływać wkoło na wiele punktów, iżby je wreszcie ujrzano odbite i skupione w jednym ognisku, iżby się nauczono, jak to najróżnorodniejsze wpływy osaczają człowieka, popychając go do postanowienia, którego by nie mógł powziąć w żaden inny sposób — ani z wewnętrznego popędu, ani z zewnętrznej pobudki?

*

Wobec rozmaitości tego, co mi jeszcze zostaje do powiedzenia, mogę wybrać, co najprzód chciałbym przedsięwziąć. Ale i to jest rzeczą obojętną. Musisz się uzbroić w cierpliwość, czytać wciąż dalej i dalej. W końcu przecież naraz się to wydobędzie i wyda się całkiem naturalne, co by, wymówione w jednym słowie, przedstawiło się jako niesłychanie dziwne — i to w takiej mierze, iż następnie nie mogłabyś chyba ani chwili poświęcić tym wstępom w formie wyjaśnień.

Ażeby jednak jako tako wyjść na prostą drogę, znowu się obejrzę za owym kołkiem od wiosła i wspomnę rozmowę, jaką przypadkiem, ku szczególnemu rozbudzeniu uczuć własnych, miałem sposobność prowadzić z naszym wypróbowanym przyjacielem, Jarnem, którego w górach spotkałem pod nazwiskiem Montana. Sprawy życia naszego mają bieg tajemniczy, którego się obliczyć nie da. Przypominasz pewnie sobie ów sztuciec, który wydobył wasz dzielny chirurg, kiedyś przyszła z pomocą mnie zranionemu, rozciągniętemu wśród lasu? Tak mi wówczas błysnął on w oczach i zrobił tak głębokie wrażenie, żem był zachwycony, znalazłszy go znów po latach w ręku młodszego lekarza. Ten nie przykładał do niego wielkiej wagi. Wszystkie narzędzia udoskonaliły się w nowszych czasach i stały się odpowiedniejsze do celu. Dostałem więc tamten tym łatwiej, że nabycie nowego ułatwiało mu się przez to. Odtąd woziłem go zawsze ze sobą — nie na żaden wprawdzie użytek, ale tym pewniej na kojące przypomnienie: był on świadkiem chwili, kiedy się rozpoczęło szczęście moje, które osiągnąć miałem dopiero po przebyciu długiej drogi.

Przypadkiem ujrzał go Jarno, kiedyśmy nocowali u węglarza. Poznał go od razu, a na wyjaśnienie moje odpowiedział: