Wprawiło to wszystkich w osłupienie jakby rzecz najokropniejsza. Zaczęto wypytywać, badać i dowiedziano się, że ten ostatni malec był na brzegu i zbierał raki, wyrzucane mu z dołu. A potem jeszcze, po wielu wypytywaniach, zdobyto wiadomość, że Adolf z dwoma roztropnymi chłopcami wszedł do wody i brnął w niej. Dwóch młodszych, nieproszonych, przyłączyło się do nich, a nie można ich było powstrzymać ani łajaniem, ani groźbą. Otóż pierwsi prawie już przebyli pewne kamieniste, niebezpieczne miejsce, następni pośliznęli się, chwytali się i wciąż nawzajem pociągali w dół. Tak się w końcu stało i z najpierwszym — wszyscy wpadli w głębinę. Adolf, jako dobry pływak, byłby się wyratował. Ale wszyscy w strachu trzymali się go, został więc wciągnięty. Ów malec pobiegł potem, wrzeszcząc, na wieś, ale worek z rakami trzymał mocno w ręku. Z innymi, których krzyk przywołał, pobiegł i rybak, wracający przypadkiem zbyt późno. Powoli wszystkich wydobyto; przekonano się, że pomarli, a teraz niesiono ich do wsi.

Proboszcz z ojcem poszli w zamyśleniu na plebanię. Księżyc wzeszedł w pełni i oświetlał ścieżki śmierci. I ja poszedłem za nimi wzburzony. Nie chciano mnie wpuścić; byłem w stanie najokropniejszym. Obszedłem dom i nie spocząłem, póki w końcu nie dojrzałem sposobności i nie wskoczyłem przez okno.

W wielkiej izbie, w której odbywały się wszelkiego rodzaju zebrania, leżeli nieszczęśliwi na słomie — nadzy, rozciągnięci, ciała błyszczące, białe, jaśniejące nawet przy mrocznym świetle lampy. Rzuciłem się na największego, na mego przyjaciela. Nie potrafiłbym opisać swego stanu, płakałem rzewnie i zalewałem szeroką pierś jego nieustającymi łzami. Słyszałem coś o pocieraniu, które w takim wypadku miało być pomocne, wcierałem więc łzy swoje i okłamywałem się ciepłem, jakie wytwarzałem. W zamęcie zamierzałem oddechem go swoim ocucić, ale szeregi perłowe zębów jego były silnie ściśnięte. Wargi, na których zdawał się jeszcze spoczywać pocałunek pożegnalny, odmawiały najsłabszego nawet znaku odwzajemnienia. W desperacji, nie widząc możliwości pomocy ludzkiej, zwróciłem się ku modlitwie; błagałem, modliłem się, doznawałem takiego uczucia, jakbym w tej chwili powinien cudów dokonać, przywołać duszę jeszcze obecną, zaczarować unoszącą się jeszcze w pobliżu.

Oderwano mnie. Płacząc i łkając, siedziałem w powozie i ledwie słyszałem, co mówili rodzice. Matka nasza, jak to słyszałem często później powtarzane, zdawała się na łaskę bożą. Usnąłem tymczasem i obudziłem się nazajutrz posępny, w stanie zagadkowym, pełnym mroku.

Ale kiedym się udał na śniadanie, zastałem matkę, ciotkę i kucharkę na ważnej naradzie. Raki nie miały być gotowane, nie miały być podane na stół — ojciec nie mógł znieść tak bezpośredniego wspomnienia o dopiero co zaszłym nieszczęściu. Ciotka, zdawało się, chciała gorąco posiąść te rzadkie stworzenia, ale obok tego łajała mnie, żeśmy zapomnieli przywieźć pierwiosnki. W wkrótce atoli uspokoiła się pod tym względem, gdy jej do zupełnego rozporządzenia oddano te łażące po sobie potworki; toteż o dalszym z nimi postępowaniu zaraz zaczęła rozmawiać z kucharką.

Ażeby jednak scenę tę uczynić zrozumiałą, muszę cokolwiek dokładniej powiadomić o charakterze i istocie tej kobiety. Panujących nad nią właściwości nie można było wcale — moralnie je rozważając — wychwalać. A jednak, rozpatrywane ze stanowiska obywatelskiego i politycznego, wydawały one niejeden dobry skutek. Była we właściwym znaczeniu tego słowa chciwa na pieniądze, korcił ją każdy grosz gotówki, jaki miała z ręki wypuścić, i oglądała się wszędzie dla zadośćuczynienia potrzebom za substytutami, jakie można było nabyć darmo, przez zamianę albo w jaki bądź inny sposób. I tak, pierwiosnki przeznaczone były na herbatę, którą uważała za zdrowszą niż jaką bądź chińską. Twierdziła, że Bóg dał każdemu krajowi, co mu potrzeba, czy to na pożywianie, na przyprawę czy na lekarstwo; zatem nie należy się po to zwracać do obcych krajów. Uprawiała też w małym ogródku wszystko, co jej zdaniem czyniło potrawy smacznymi, a chorym było pomocne. Obcy zaś ogród zwiedzając, musiała przynieść stamtąd coś w tym rodzaju.

Usposobienie to i co z niego wynikało, można było bardzo chętnie w niej znosić, gdyż jej skrzętnie zbierana gotówka miała w końcu stać się użyteczna rodzinie. Toteż ojciec i matka ustępowali jej pod tym względem i popierali ją.

Inną atoli namiętnością, i to czynną, niezmordowanie się uwydatniającą, była duma, że uchodzi za osobę znaczącą i wpływową. Na tę sławę zasłużyła sobie zaiste i osiągnęła ją, gdyż umiała na korzyść swoją obrócić — bezużyteczne skądinąd, a nawet nieraz szkodliwe — panujące wśród kobiet plotkarstwo. Wszystko, co się działo w mieście, a więc i wnętrze rodzin, znane jej było dokładnie. I trudno o taki wątpliwy wypadek, w który by się nie potrafiła wmieszać, co jej udawało się tym łatwiej, że pragnęła tylko być użyteczna, a przez to podnieść sławę swoją i dobre imię. Skojarzyła kilka małżeństw, przy czym jedna przynajmniej strona była może zadowolona. Ale co ją zajmowało najbardziej, to popieranie i popychanie takich osób, które szukały jakiegoś urzędu, jakiejś posady — przez co istotnie zyskiwała sobie wielką liczbę klientów, których wpływ umiała później spożytkować.

Jako wdowa po niemałym urzędniku, człowieku surowym i przestrzegającym prawa, nauczyła się, jak pozyskiwać drobnostkami takich, których nie może się dosięgnąć jakimś znacznym datkiem.

Atoli, aby bez dalszego odbiegania pozostać na obranej ścieżce, zauważę najprzód, że potrafiła zapewnić sobie wpływ na jednego męża, który ważne zajmował stanowisko. Był on skąpy jak i ona, a na swoje nieszczęście równie lubiący jeść dobrze i łakomy. Jemu przeto pod jakim bądź pozorem posłać na stół smaczne danie pierwszą było jej troską. Sumienie jego nie było zbyt delikatne, ale trzeba też było brać pod uwagę jego śmiałość, jego przewrotność, kiedy w wypadkach wątpliwych miał przełamać opór kolegów swoich i zagłuszyć głos obowiązku, jaki mu przeciwstawiali.