Już się zmierzchało, gdyśmy się znów zbliżyli do skrętu lasu, gdzie obiecał mnie oczekiwać młody mój przyjaciel. Wytężałem wzrok, jak tylko mogłem, by dostrzec jego obecność. A gdy mi się to nie udawało, wyskoczyłem niecierpliwie przed towarzystwo, z wolna kroczące, i przebiegłem krzaki w różne strony. Wolałem, miotałem się — nie było go widać i nie odpowiadał. Po raz pierwszy doznałem namiętnego bólu, podwójnie i wielokrotnie.

Już się we mnie rozwinęło niepomiarkowane pożądanie poufnej zażyłości, już istniała niepokonana potrzeba uwolnienia mego ducha od obrazu owej blondynki za pomocą rozmowy, oswobodzenia mego serca od uczuć, jakie ona we mnie wzbudziła. Było ono pełne, usta już szeptały, by napłynąć słowami. Głośno ganiłem poczciwego chłopca za obrażenie przyjaźni, za niedotrzymanie przyrzeczenia.

*

Wkrótce atoli miały mnie cięższe dotknąć próby. Z pierwszych domów miejscowości owej wypadły z krzykiem kobiety, za nimi szły wrzeszczące dzieci, a nikt słowa nie mówił i odpowiedzi nie dawał. Z jednej strony koło domu narożnego ujrzeliśmy przeciągający pochód żałobny. Z wolna się on rozwijał na długiej ulicy. Wydawał się jakby pogrzebem, lecz wielorakim; niesieniu i wleczeniu nie było końca. Wrzaski wciąż trwały i zwiększały się, tłum się zbiegał.

— Potonęli, wszyscy razem potonęli!

— Kto, co?

Matki, widzące przy sobie dzieci, wydawały się pocieszone. Wtem wystąpił jakiś poważny mężczyzna i rzekł do żony proboszcza:

— Na nieszczęście za długo mnie tu nie było. Utonął Adolf z czwórką innych. Chciał dotrzymać przyrzeczenia swego i mego.

Mężczyzna (był to właśnie sam rybak) poszedł dalej za pogrzebem. Staliśmy przerażeni i przybici. Wtem przystąpił mały chłopak, podając worek:

— Oto są raki, pani proboszczowa — rzekł i podniósł wysoko do góry tę pozostałość.