Zatem radość niewstrzymanie
Woła, wśród wesołych min:
Niech miłością twe staranie,
A twym życiem będzie czyn!
Po krótkim namyśle zabrzmiał niebawem wesoły, dostosowany do kroku wędrowca dwuśpiew, który obok powtarzania i dostrajania, wciąż się rozwijając, porwał za sobą słuchacza. Zaczynał wątpić, czy to była jego własna melodia, jego dawniejszy temat, czy też teraz dopiero tak została dopasowana, iż niepodobna było pomyśleć o żadnym innym takcie. Śpiewacy przez czas jakiś zabawiali się w ten sposób, gdy wtem nadeszło dwóch tęgich chłopaków, których zaraz uznać można było po ich znamionach za mularzy, a dwóch innych, co za nimi postępowali, uważać należało za cieślów. Tych czterech, składając po cichu narzędzia swoje, przysłuchiwało się śpiewowi i rychło złączyło się z nim w sposób pewny i stanowczy, tak iż się zdawało, że całe towarzystwo wędrowców kroczy przez góry i doliny ku owemu uczuciu. A Wilhelm mniemał, że nigdy nie słyszał nic tak uroczego, tak podnoszącego serce i myśli. Rozkosz ta jednak miała być jeszcze wzmożona i do ostatecznej doprowadzona granicy, gdy jakaś postać olbrzymia, nadszedłszy schodami, ledwie zdołała przy najlepszej woli umiarkować swoje silne, potężne stąpanie. Ciężko wyładowany tobół złożył nowoprzybyły natychmiast w kącie, a sam usiadł na ławce, która zatrzeszczała, z czego inni śmieli się, nie zaprzestając jednak śpiewu. Wielce atoli zdumiał się Wilhelm, gdy ten syn Enocha144 zaczął również brać udział w śpiewie swoim potężnym, basowym głosem. Sala się zatrzęsła; zastanawiało to, iż refren zmienił zaraz w swojej części i śpiewał w ten sposób:
Rzuć wszelakie odwlekanie;
Bo twe życie — czynów czyn!
Wkrótce też można było zauważyć, że ściągał tempo do powolniejszego kroku i zmusił innych, by się do niego zastosowali.
Gdy wreszcie zakończono i uraczono się dostatecznie, zarzucili mu inni, jakoby dążył do wprowadzenia ich w błąd.
— Wcale nie! — zawołał. — Wy to właśnie zamierzacie w błąd mnie wprowadzić. Chcecie mnie wybić z mego kroku, który powinien być umiarkowany i pewny, kiedy z brzemieniem moim to w górę, to z góry kroczę, a przecież w końcu muszę na oznaczoną godzinę przyjść i was zaspokoić.