Kiedy już nowi goście nie nadchodzili, włodarz wprowadził przyjaciela naszego przez wspaniałą furtę do rozległej sali. Nakryty tam był ogromny stół, koło niższego końca którego przeprowadzono go do wyższego, gdzie ujrzał trzy osoby na czele, w poprzek stojące. Ale jakimże zdumieniem przejęty został, gdy zbliżywszy się, poczuł na swej szyi Leonarda, którego ledwie poznał. Po niespodziance tej jeszcze się nie uspokojono, kiedy ktoś inny uściskał Wilhelma równie ogniście i żywo i dał się poznać jako dziwaczny Fryderyk, brat Natalii. Zachwyt przyjaciół udzielił się wszystkim obecnym — za stołem rozległy się okrzyki radości i upojenia. Nagle jednak, gdy zasiedli, wszystko się uciszyło, a jedzenie obnoszono i spożywano z pewną uroczystością.
Pod koniec obiadu Leonard dał znak. Wstało dwóch śpiewaków, a Wilhelm wielce się zdziwił, słysząc powtórzoną pieśń swą wczorajszą, którą z powodu jej dalszego uzupełnienia, musimy tu raz jeszcze załączyć:
Od gór szczytów ku nizinie,
Ku dolinom samym wzdłuż,
Coś jak skrzydeł szumy płynie,
Niby śpiew tam dźwięczy już;
Zatem radość niewstrzymanie
Woła, wśród wesołych min:
Niech miłością twe staranie,
A twym życiem będzie czyn!