Zaledwie dwuśpiew ten, któremu towarzyszył chór umiarkowany, zbliżył się do końca, gdy naprzeciwko porwali się z miejsc dwaj inni śpiewacy, którzy z poważną gwałtownością piosnkę tę raczej odwrócili niż rozsnuli dalej i ku zdziwieniu przybysza tak się wypowiedzieli:

Węzły bowiem już porwane,

Zaufania nie ma już,

I przyczyny mi nieznane,

Że się rozstać muszę tuż

I wędrować po tej ziemi

Jako wdowa pełna łez,

Miast przebywać wraz z innemi,

Po wieczności całej kres!

Chór, przyłączając się do tej zwrotki, stawał się coraz liczniejszy, coraz potężniejszy, a jednak głos świętego Krzysztofa, od niższej części stołu wychodzący, doskonale można było wyróżnić. Strasznie prawie wezbrał w końcu smutek. Jakaś żałosna odwaga wprowadziła w całość, przy zręczności śpiewaków, coś na kształt fugi147, tak iż przyjacielowi naszemu wydało się to okropne. Rzeczywiście zdawali się wszyscy być w zupełnie jednakim nastroju i opłakiwać własny swój los na krótko przed jego spełnieniem. Najdziwniejsze powtórzenia, częste wznawianie śpiewu, prawie sił pozbawiającego, wydały się w końcu niebezpieczne samemu związkowi. Powstał Leonard, a wszyscy zaraz usiedli, przerywając hymn.