Ten dał mu się zbliżyć, a wtedy i on zawołał ze zdziwieniem:
— Niech was Bóg błogosławi, kumie bardowniku!173 Skądże to? Co za niespodziewane spotkanie!
Tamten, przystępując, odpowiedział:
— Dwa miesiące już się włóczę po górach, aby wszystkim dobrym ludziom naprawiać narzędzia i warsztaty ich tak urządzać, żeby znowu przez czas jakiś bez przeszkody pracować mogły.
Na to rzekł roznosiciel, zwracając się ku mnie:
— Ponieważ wy, paniczu, okazujecie tyle ochoty i miłości do tego zajęcia i troszczycie się o nie wielce, to ten człowiek akurat w czas przybywa, bom go w tych dniach pragnął do nas po cichu sprowadzić. On by wam wszystko daleko lepiej objaśnił niż dziewczyny przy najlepszych chęciach. On jest mistrzem w swoim zawodzie i potrafi to, co należy do przędzenia, tkania i tym podobnych rzeczy, doskonale wytłumaczyć, wykonać, w dobrym stanie utrzymać, naprawić, jak się patrzy i jak tylko kto życzyć sobie może.
Wdałem się z nim w rozmowę i ujrzałem w nim człowieka bardzo rozsądnego, w pewnej mierze wykształconego, rzecz swoją doskonale znającego. Powtarzałem z nim niejedno z tego, czegom się w tych dniach nauczył, prosząc o usunięcie pewnych wątpliwości. Opowiedziałem mu też, com wczoraj widział z początków tkactwa. Na to zawołał radośnie:
— To więc rzecz pożądana, przybywam w sam czas, by udzielić potrzebnych wiadomości tak szanownemu i miłemu panu o najdawniejszej i najwspanialszej sztuce, odróżniającej dopiero naprawdę człowieka od zwierzęcia. Dziś właśnie dostaniemy się do poczciwych i zręcznych ludzi, a nie byłbym bardownikiem, gdybyście nie mieli zaraz tak zrozumieć rzemiosła jak ja sam.
Podziękowałem mu uprzejmie, rozmawialiśmy o różnych rzeczach i po odpoczynku i śniadaniu dostaliśmy się do grupy chat, rozrzuconych wprawdzie w nieładzie, lecz lepiej zbudowanych. Skierował nas ku najlepszej. Roznosiciel wraz ze mną i świętym Krzysztofem wszedł pierwszy, wedle umowy, a potem po przywitaniu i kilku żartach wkroczył i bardownik. Zwracało uwagę to, że jego wejście wywołało w rodzinie radosne zdziwienie. Ojciec, matka, córki i dzieci skupiły się koło niego. Ładnej dziewczynie, siedzącej przy krosnach, utknęło w ręce czółenko, które akurat miało przepłynąć przez szereg nici. Ale też powstrzymała i krok, powstała i przyszła później z ociągającym się zakłopotaniem, by podać mu rękę. Zarówno roznosiciel, jak i bardownik, weszli niebawem, za pomocą żartów i opowiadania, w dawne swe prawa, jakie się należą przyjaciołom domowym. A gdy się przez czas jakiś nacieszono, dzielny mężczyzna zwrócił się do mnie, mówiąc:
— Was, kochany panie, nie powinniśmy z powodu radości odwiedzin zaniedbywać; my się możemy jeszcze zabawiać dniami całymi, wy musicie jutro iść dalej. Pozwólmy panu zajrzeć w tajemnice sztuki naszej. Klejenie i snucie już zna, pokażmy mu resztę. Panny będą mi w tym pomocne. Widzę, że przy tych krosnach zajmują się nawijaniem.