*
Wśród wielce jasnej i łagodnej nocy księżycowej, jaka się zdarza tylko w wysokich pasmach gór, siedziała rodzina ze swymi gośćmi przed drzwiami, zajęta nader żywą rozmową, Leonard zaś był zatopiony w myślach. Wobec całego tego życia i działalności, i niejednokrotnego rozmyślania nad rzemiosłem, wrócił mu znowu na pamięć ów list, napisany przez przyjaciela, Wilhelma, ku jego uspokojeniu. Słowa, które tak często odczytywał, wiersze, którym przyglądał się niejednokrotnie, znowu stanęły przed jego zmysłem wewnętrznym. A jak ulubiona melodia, zanim się obejrzymy, nagle zjawia się po cichu w głębi słuchu, tak i owe czułe zawiadomienie powtarzało się w duszy spokojnej, oddanej samej sobie:
„Położenie domowe, ugruntowane na pobożności, ożywiane i utrzymywane skrzętnością i porządkiem, nie jest ani za ciasne, ani za rozległe; zostaje w najszczęśliwszym stosunku do sił i zdolności. Wkoło niej porusza się sfera rękodzielników w najczystszym, pierwiastkowym znaczeniu tego wyrazu. Tu jest ograniczenie i działanie w dal, oględność i umiarkowanie, niewinność i czynność...”.
Lecz tym razem wspomnienie raczej pobudzało, niż uspakajało.
— Toż przecież — mówił sam do siebie — ten ogólny, lakoniczny opis zupełnie przystaje do tego bytu, który mnie tu otacza. Czyż i tu nie ma spokoju, pobożności, nieprzerwanej działalności? Tylko działanie w dal nie wydaje mi się wyraźne w równej mierze. Toż owa dobra aktywność zapewne ożywia sferę podobną, tylko może większą jeszcze, rozglądając się wkoło z większą pogodą i swobodą ducha.
Wtem — pobudzona żywą, potęgującą się rozmową innych — zwróciwszy pilniejszą uwagę na to, co obrabiano, zbudziła się w nim z całą żywotnością myśl, którą przez te godziny wypieścił.
„Czyżby ten człowiek, tak po mistrzowsku obchodzący się z narzędziami i bardami, nie mógł się stać wielce pożytecznym dla towarzystwa naszego członkiem?”.
Rozważał to oraz wszystko, co w jego oczach silnie oświetliło zalety tego zręcznego robotnika. Skierował więc na to rozmowę i niby żartem, lecz tym wyraźniej, uczynił mu propozycję, czy by nie zechciał związać się z pewnym znacznym towarzystwem i nie spróbował wywędrować za morze.
Tamten tłumaczył się, upewniając równie wesoło, że mu się tak dobrze powodzi, że się spodziewa jeszcze lepszych rzeczy, że się w tej krainie urodził, do niej nawykł, że jest wzdłuż i wszerz znany i wszędzie przyjmowany z zaufaniem — że w ogóle w tych dolinach nie znajdzie się wcale skłonności do oddalania się, że potrzeba do tego nie zmusza, a góry trzymają ludzi silnie przy sobie.
— Toteż dziwi mnie — rzekł roznosiciel przędzy — że podobno pani Zuzanna ma wyjść za komisanta177, sprzedać posiadłość i z ładnym groszem wynieść się za morze.