Przeszła za swój próg, drzwi się zamknęły. Stukałem, prosiłem, ale nic już słychać nie było. Kiedym nazajutrz zażądał rachunku, rzekł kelner, uśmiechając się:

— Wiemy już, dlaczego zamykacie drzwi swoje w tak sztuczny i niepojęty sposób, że żadnym kluczem otworzyć ich nie można. Spodziewaliśmy się u was wiele pieniędzy i kosztowności, ale teraz widzieliśmy, jaki skarb zbiegał ze schodów i doprawdy wydał się ze wszech miar godny, aby go dobrze strzeżono.

Nic na to nie odpowiedziałem, zapłaciłem rachunek i wsiadłem wraz ze skrzyneczką do powozu. Pojechałem tedy w świat znowu z tym najmocniejszym przekonaniem, że będę na przyszłość baczył na przestrogi mojej tajemniczej przyjaciółki. Atoli, zaledwiem się znowu dostał do wielkiego miasta, zaznajomiłem się zaraz z milutkimi kobietami, od których się nie mogłem zgoła oderwać. Zdawało się, że łaski swoje każą mi drogo opłacać, bo trzymając mnie ciągle w pewnej odległości, pobudzały mnie do wydatku jednego po drugim. A ponieważ starałem się jedynie o sprawienie im przyjemności, nie myślałem i teraz o swoim woreczku, tylko wciąż płaciłem i wydawałem, jak się zdarzyło. Jakież zatem było moje zdziwienie i rozkosz, kiedym po kilku tygodniach zauważył, że pełnia woreczka nie tylko się nie zmniejszyła, lecz była równie okrągła i napchana jak z początku. Chciałem się lepiej upewnić o tej pięknej własności — wziąłem się do liczenia, zapamiętałem sobie dokładnie sumę i zacząłem znowu żyć z towarzystwem swoim wesoło jak przedtem. Nie brakło tam wycieczek lądem i wodą, tańców, śpiewu i innych rozrywek. Ale nie trzeba było zbyt wielkiej uwagi na to, aby spostrzec, że woreczek zmniejszał się rzeczywiście, jak gdybym odebrał mu przez swoje przeklęte liczenie zaletę niezliczoności.

Tymczasem, ponieważ życie wesołe się rozpoczęło, cofnąć się nie mogłem, a wkrótce gotówka moja wyszła zupełnie. Przeklinałem swoje położenie, gniewałem się na przyjaciółkę, że mnie wodziła na pokuszenie, brałem jej za złe, że mi się znowu nie ukazywała. Wyparłem się w złości wszelkich względem niej obowiązków i postanowiłem otworzyć skrzyneczkę, badając, czy tam czasem nie znajdę jakiej pomocy. Bo chociaż nie była tak ciężka, iżby miała zawierać złoto, ale mogły w niej być klejnoty, a te byłyby mi także wielce pożądane. Miałem właśnie zamiar wykonać to postanowienie, ale je odłożyłem do nocy, ażeby czynność tę odbyć zupełnie spokojnie, i pośpieszyłem na ucztę, jaka została zapowiedziana. Bawiono się tutaj bardzo wesoło i byliśmy mocno podnieceni winem i dźwiękiem trąb, gdy mi się zdarzył niemiły wypadek, iż przy wetach, wróciwszy z podróży, wszedł niespodziewanie dawniejszy przyjaciel mojej najdroższej piękności, usiadł przy niej i bez ceremonii starał się korzystać z poprzednich praw swoich. Powstała stąd niebawem niechęć, sprzeczki i kłótnie. Dobyliśmy szpad i mnie, na wpół martwego i licznymi pokrytego ranami zaniesiono do domu.

Chirurg zrobił opatrunek i odszedł. Było już późno w nocy; posługacz mój zasnął. Drzwi bocznego pokoju otwarły się, weszła moja tajemnicza przyjaciółka i usiadła przy mnie na łóżku. Zapytała, jak się czuję. Nic nie odpowiedziałem, gdyż byłem wyczerpany i gniewny. Nie przestawała mówić dalej z wielkim współczuciem. Potarła mi skronie jakimś balsamem, tak żem mógł wybuchnąć i wyłajać ją. Gwałtownymi słowy zrzuciłem całą winę nieszczęścia mego na nią, na namiętność, jaką mnie przeniknęła, na jej zjawianie się i znikanie, na nudy, na tęsknotę, jakiej musiałem doznawać. Stawałem się coraz to gwałtowniejszy, jakby mnie napadła gorączka, i przysiągłem jej wreszcie, że jeżeli teraz nie zechce być moja, do mnie należeć, ze mną się połączyć, to żyć już dłużej nie pragnę — i na to zażądałem stanowczej odpowiedzi. Kiedy, wahając się, zwlekała z wyjawieniem myśli, wpadłem we wściekłość. Zerwałem podwójną i potrójną przewiązkę z ran ze stanowczym zamiarem śmierci z upływu krwi. Ale jakżeż się zdumiałem, gdym ujrzał wszystkie rany swoje zagojone, ciało moje piękne i błyszczące i ją w objęciach moich!

Byliśmy tedy najszczęśliwszą parą w świecie. Prosiliśmy się wzajem o przebaczenie, a nie wiedzieliśmy naprawdę dlaczego. Obiecała mi podróżować odtąd wraz ze mną i niebawem siedzieliśmy obok siebie w powozie ze skrzyneczką naprzeciwko — jako trzecią niby osobą. Nie wspomniałem o niej przed nią nigdy, a i teraz nie przyszło mi na myśl mówić o niej, chociaż stała przed oczyma; milczącą umową dbaliśmy o nią oboje, jak się nadarzała sposobność, tylko że — jak przedtem — ja wynosiłem ją z powozu i wnosiłem. I jak dawniej zajmowałem się zamykaniem drzwi.

Dopóki było coś jeszcze w woreczku, płaciłem ciągle, ale kiedy się gotówka moja wyczerpała, dałem to poznać towarzyszce.

— Na to łatwa rada — odrzekła, wskazując dwie małe torebki zawieszone u boku powozu, które dawniej widziałem wprawdzie, ale się nimi nie posługiwałem.

Sięgnęła do jednej i wydobyła kilka sztuk złotych, a z drugiej kilka monet srebrnych i wskazała mi tym sposobem możność robienia dalej wydatków do woli. Jechaliśmy tak od miasta do miasta, z kraju do kraju. Weseliliśmy się ze sobą i z innymi i anim pomyślał o tym, że ona może mnie znowu opuścić, a to tym bardziej, że od niejakiego czasu czuła się stanowczo przy nadziei, dzięki czemu radość nasza i miłość jeszcze się zwiększyły. Atoli pewnego poranku nie znalazłem jej, a że pobyt bez niej przykry był dla mnie, puściłem się znowu wraz ze skrzyneczką w drogę. Próbowałem siły obu torebek i wciąż się o jej istnieniu przekonywałem.

Podróż odbywała się pomyślnie, a jeżelim dotychczas nie chciał się głębiej zastanawiać nad moją przygodą, gdyż spodziewałem się całkiem naturalnego rozwoju dziwnych wydarzeń, to teraz spotkało mnie coś takiego, co mnie napełniło zdziwieniem, troską, a nawet obawą. Ponieważ dla pośpiechu przywykłem podróżować dniem i nocą, więc bywało tak, żem częstokroć jechał po ciemku i w powozie moim, jeśli przypadkiem zgasły latarnie, był mrok zupełny. Razu pewnego, wśród ponurej nocy zasnąłem, a obudziwszy się, ujrzałem połysk światła na przykryciu powozu. Przypatrzyłem mu się i nabrałem przekonania, że się ono wydostawało ze skrzyneczki, w której był jakby ślad pęknięcia, wywołanego ciepłem i suchą pogodą letniej pory, jaką wówczas mieliśmy. Ożywiły się we mnie znowu myśli o kosztownościach. Przypuszczałem, że w skrzyneczce leży karbunkuł179, i pragnąłem nabrać pewności pod tym względem. Nachyliłem się, o ile mogłem, tak, żeby okiem bezpośrednio dotknąć szpary. Ale jakież było moje zdumienie, kiedym zajrzał do pięknie oświetlonego, umeblowanego z wielkim smakiem, a nawet kosztem pokoju, właśnie tak, jakbym przez otwór w sklepieniu spojrzał na wnętrze sali królewskiej. Co prawda mogłem widzieć tylko część przestrzeni, ale z niej wyciągałem wnioski o reszcie. Zdawało się, że na kominku pali się ogień, a przy nim stoi krzesło poręczowe. Wstrzymałem oddech i przyglądałem się dalej. Tymczasem z drugiej strony sali nadeszła jakaś kobieta z książką w ręku. Poznałem w niej zaraz moją żonę, chociaż jej obraz zmniejszony był w jak najdrobniejszej skali. Piękna usiadła na krześle przy kominku, chcąc czytać, poprawiła węgle śliczniutkim pogrzebaczem — przy czym wyraźnie zauważyć mogłem, że i ta milutka osóbka jest również przy nadziei. Ale wtedy zmuszony byłem trochę zmienić swoje niewygodną pozycję, a chwilę potem, gdym znowu chciał zajrzeć i przekonać się, że to nie był sen, światło znikło, a ja patrzyłem w mrok pusty.