Jakże strasznie zrobiło mi się na sercu, kiedym usłyszał o małżeństwie. Dotychczas bowiem bałem się go więcej prawie niż samej muzyki, która mi przecież dawniej wydawała się najwstrętniejszą rzeczą na świecie.

Ci, co muzykę robią, zwykłem był mawiać, wyobrażają sobie przynajmniej, że są w zgodzie wzajemnej i działają harmonijnie. Bo strojąc dosyć długo instrumenty i rozdzierając nam uszy mnóstwem tonów fałszywych, mocno i uparcie są przekonani, że już doprowadzili rzecz do doskonałości i że jeden instrument doskonale pasuje do drugiego. Sam kapelmistrz jest w tym szczęśliwym obłędzie. I oto radośnie brzmi muzyka, a nam, pozostałym, wciąż uszy puchną. W stanie zaś małżeńskim nie ma nawet tego. Bo chociaż jest on duetem tylko i można byłoby mniemać, że dwa głosy — a nawet dwa instrumenty — powinny przecież móc się dostroić, zdarza się to jednak rzadko. Bowiem kiedy mąż zaczyna jednym tonem, to go żona bierze zaraz wyżej, a mąż znowu wyżej — i wówczas z kamertonu przechodzi się do tonu chóralnego. I tak ciągle dalej, aż w końcu dmące instrumenty już nastarczyć nie mogą. I tak, ponieważ muzyka harmonijna jest wstrętna, to tym mniej za złe brać mi należy, iż zgoła znieść nie mogę dysharmonijnej.

O wszystkich uroczystościach, na jakich dzień minął, nie chcę i nie mogę opowiadać, gdyż mało na nie zważałem. Pyszne jedzenie, świetne wino — nic mi jakoś nie smakowało. Myślałem i rozważałem, co mi zrobić wypada. Niewiele wszakże można było wymyślić. Postanowiłem sobie, za nadejściem nocy, wyjść, uciec i skryć się gdziekolwiek. Istotnie, dostałem się do jakiejś szpary w skale, dokąd żem się wcisnął i ukrył się, jak można było najlepiej. Pierwszym moim następnie usiłowaniem było zdjąć z palca nieszczęsny pierścień, ale to mi się jakoś nie udawało. Owszem, czułem, że się zwężał coraz bardziej, jak tylko zamierzałem go ściągnąć, co mi sprawiało gwałtowne bóle, znikające atoli natychmiast, gdy odstępowałem od przedsięwzięcia.

Nazajutrz rano budzę się — mała moja osóbka bowiem spała bardzo dobrze — i chcę się rozejrzeć, gdy zaczyna padać na mnie niby deszcz. Spadało to przez trawę, liście i kwiaty w wielkiej ilości jak piasek i żwir. Atoli jak żem się przeraził, gdy się wszystko wkoło mnie ożywiło i niezliczone wojsko mrówek zwaliło się na mnie. Ledwie mnie spostrzegły, zaraz się na mnie ze wszech stron rzuciły, a chociaż się broniłem dosyć mężnie i dzielnie, tak mnie w końcu pokryły, pokąsały i udręczyły, iż się ucieszyłem, gdym usłyszał wołanie, żebym się poddał. Poddałem się rzeczywiście i natychmiast, po czym jakaś mrówka okazałej postawy zbliżyła się do mnie grzecznie, a nawet z uszanowaniem, i poleciła się mojej łasce. Dowiedziałem się, że mrówki zostały sprzymierzeńcami mego teścia i że on w obecnym wypadku powołał je i zobowiązał do dostarczenia mnie. I tak ja, mały, byłem w ręku jeszcze mniejszych. Oczekiwałem ślubu i dziękowałem Bogu, że mój teść się nie gniewał, że moja piękna w złość nie wpadła.

Pozwólcie mi zamilczeć o wszystkich ceremoniach — dosyć, że zostaliśmy zaślubieni. Jakkolwiek wesoło i dziarsko wszystko się u nas odbywało, mimo to znalazły się godziny samotności, w których ciągnęło coś do namysłu, a mnie spotkało coś, co jeszcze nigdy się nie zdarzyło. Ale co i jak, to posłyszycie.

Wszystko wkoło mnie było zupełnie odpowiednie dla obecnej postaci mojej i potrzeb. Butelki i puchary proporcjonalne do małego biesiadnika — ba, może nawet lepszej miary niż u nas. Małemu podniebieniu memu smakowały delikatne kąski doskonale, pocałunek usteczek małżonki mojej był doprawdy uroczy i nie przeczę, że nowość uczyniła mi nadzwyczaj miłymi wszystkie te stosunki. Ale, niestety, nie zapomniałem przy tym o swoim poprzednim stanie. Czułem w sobie miarę poprzedniej wielkości, co mnie uczyniło niespokojnym i nieszczęśliwym. Teraz dopiero pojąłem, co rozumieją filozofowie przez swe ideały, którymi ludzie tak dręczą się podobno. Miałem ideał siebie samego i ukazywałem się sobie niekiedy we śnie jako olbrzym. Słowem, żona, pierścień, postać karła, tyle innych więzów — uczyniły mnie całkiem nieszczęśliwym, tak żem zaczął serio rozmyślać o wyswobodzeniu.

Przekonanym będąc, że cały czar kryje się w pierścieniu, postanowiłem go przepiłować. W tym celu ukradłem jubilerowi nadwornemu parę pilników. Na szczęście byłem mańkutem i nigdym w życiu nic prawą ręką nie zrobił. Mężnie siedziałem przy pracy — nie była ona mała, gdyż złota obrączka, chociaż wyglądała tak cienko, stała się grubsza w miarę tego, jak się skurczyła w pierwotnej wielkości swojej. Wszystkie wolne godziny obracałem niepostrzeżenie na to zajęcie i miałem dość roztropności, by stanąć przed drzwiami, kiedy metal został przepiłowany. To mi się udało, gdyż nagle złota obręcz gwałtownie odskoczyła z palca, a postać moja rosła w górę z taką szybkością, żem istotnie myślał, iż o niebo uderzę, a w każdym razie byłbym przebił sklepienie naszego pałacu letniego — ba, cały nawet ten budynek — swoją świeżą niezaradnością.

I oto znów stałem sam — zapewne większy, ale, jak mi się zdawało, o wiele głupszy i bezradny. A ochłonąwszy ze swego oszołomienia, ujrzałem leżącą obok mnie szkatułkę, którą uznałem za dosyć ciężką, gdy ją podniosłem i dźwigałem, idąc ścieżką pieszą ku stacji, gdziem kazał zaprzęgać i jechać dalej. Po drodze zrobiłem zaraz próbę z torebkami po obu stronach. Zamiast pieniędzy, które widocznie skończyły się, znalazłem kluczyk. Należał on do szkatułki, w której było dostateczne wynagrodzenie za brak w torebkach. Dopóki starczyło, używałem powozu. Potem sprzedałem go, aby móc jeździć pocztą. Szkatułki pozbyłem się na ostatku, bo wciąż przypuszczałem, że się jeszcze napełni. I tak przyszedłem w końcu, chociaż znacznie nadłożywszy drogi, do ogniska kucharki, gdzieście mnie najprzód poznali.

Rozdział siódmy

Hersylia do Wilhelma