— Bywaj zdrów! Drogę łatwo odnajdziesz. Pamiętaj o mnie, mam nadzieję, że cię ujrzę jeszcze.

W tej chwili takiego doznawałem uczucia, jakbym nie mógł jej opuścić. Miała właśnie znowu swój piękny dzień albo — jeśli chcecie — swoją piękną godzinę. Być samemu z tak milutką istotą, na zielonej murawie, wśród trawy i kwiatów, w otoczeniu gór, przy szmerze wód — czyjeż serce pozostałoby wtedy nieczułe! Chciałem ją ująć za rękę, uścisnąć, ale ona mnie odepchnęła i zagroziła, lubo wciąż jeszcze przyjaźnie, wielkim niebezpieczeństwem, jeżeli się nie oddalę natychmiast.

— Czyż nie ma wcale możności — zawołałem — żebym został przy tobie, żebyś mogła mnie przy sobie zatrzymać?

Słowa te wypowiedziałem z tak bolesnymi ruchami i takim tonem, że się wydała wzruszona i po niejakim namyśle wyznała, że trwanie naszego związku nie jest całkiem niemożliwe. Któż był szczęśliwszy ode mnie! Natarczywość moja, stając się coraz żywsza, zmusiła ją w końcu do wypowiedzenia się i do oznajmienia, że, gdybym się zdecydował stać się wraz z nią tak mały, jak ją już widziałem, to bym mógł pozostać z nią i teraz, wchodząc do jej mieszkania, do jej państwa, do jej rodziny. Propozycja ta nie bardzo mi się podobała, alem w tej chwili nie mógł się po prostu oderwać od niej. A przywykłszy już od niejakiego czasu do cudowności, zaprawiony do szybkich postanowień, przystałem na to, mówiąc jej, żeby robiła ze mną, co zechce.

Natychmiast musiałem wyciągnąć mały palec prawej ręki; ona oparła swój o niego, ściągnęła sobie bardzo powoli lewą ręką złoty pierścień i przesunęła go na mój palec. Ledwie się to stało, uczułem gwałtowny ból w palcu — pierścień zwęził się i torturował mnie okropnie. Wydałem krzyk straszny i mimo woli rwałem się do mojej pięknej, która tymczasem znikła. Jak mi było wtedy na sercu, na to nie potrafiłbym znaleźć wyrazu. Toteż nie pozostaje mi nic innego do powiedzenia, tylko tyle, żem się niebawem znalazł w drobnej postaci wraz z moją piękną w lesie źdźbeł trawy. Radość ujrzenia się znowu po krótkim, a tak dziwnym, rozłączeniu lub też — jeśli chcecie — ponownego zjednoczenia bez rozłączenia przechodzi wszelkie pojęcie. Rzuciłem się jej na szyję, ona odpowiedziała na moje pieszczoty, a mała para czuła się równie szczęśliwa jak duża.

Z pewnym trudem weszliśmy potem na pagórek, murawa bowiem stała się dla nas prawie nieprzebytym lasem. Dostaliśmy się przecież w końcu na miejsce odkryte i jakże się zdziwiłem, zobaczywszy tam duży, regularny gmach, w którym niebawem poznałem skrzyneczkę w tym stanie, w jakim ją postawiłem na wzniesieniu.

— Wejdź, mój przyjacielu, i zastukaj tylko pierścieniem, a zobaczysz cuda — rzekła moja ukochana.

Przystąpiłem i ledwiem zastukał, ujrzałem rzeczywiście cuda wielkie. Rozwinęły się dwie ogromne oficyny, a równocześnie opadły, jakby łuski i wióry, części rozmaite — oczom moim ukazały się nagle drzwi, okna, krużganki i wszystko, co należy do całości pałacu.

Kto widział kunsztowne biurko Röntgena180, gdzie za jednym naciśnięciem działa wiele sprężyn, ukazują się od razu lub rychło po sobie pulpit i kałamarz, przedziałki na listy i pieniądze, ten będzie mógł wyrobić sobie niejakie wyobrażenie o tym, jak się rozwijał ów pałac, do którego mnie teraz wciągnęła moja słodka towarzyszka. W sali głównej poznałem zaraz kominek, który dawniej widziałem z góry, i krzesło, na którym ona siedziała. A gdym spojrzał ponad siebie, zdawało mi się, że dostrzegam jeszcze coś z pęknięcia w sklepieniu, przez które wtedy zaglądałem. Oszczędzam wam opis reszty — dość, że wszystko było obszerne, bogate i pełne smaku.

Ledwiem ochłonął ze zdziwienia, kiedym usłyszał z dala muzykę wojskową. Moja piękna połowa podskoczyła z radości i zapowiedziała mi z zachwytem przybycie swego ojca. Stanęliśmy we drzwiach i patrzyliśmy, jak się z okazałej pieczary skalnej wydostawał świetny orszak. Żołnierze, lokaje, domownicy i wspaniała świta dworska szli jedni za drugimi. Na koniec ujrzeliśmy złocistą ciżbę, a w niej samego króla. Kiedy cały orszak ustawił się przed pałacem, przystąpił król z najbliższym otoczeniem swoim. Czuła jego córka pośpieszyła na jego spotkanie i porwała mnie ze sobą. Rzuciliśmy się mu do nóg; podniósł mnie bardzo łaskawie, a gdym stanął przed nim, dopiero zauważyłem, że w tym małym światku miałem zaiste wzrost najokazalszy. Poszliśmy razem do pałacu, gdzie król wobec całego dworu swego raczył mnie powitać dobrze wystudiowaną mową, w której wyraził zdziwienie, że nas tu znajduje. Uznał mnie za zięcia i na jutro naznaczył ceremonię zaślubin.