— Wiadomo — rzekła — że Bóg po stworzeniu świata, kiedy cała ziemia wyschła, a góry wznosiły się potężnie i wspaniale, Bóg, mówię, stworzył zaraz przed wszystkimi innymi rzeczami karzełków, ażeby istniały także rozumne istoty, które by cuda jego mogły podziwiać i czcić we wnętrzu ziemi, wśród parowów i przepaści. Wiadomo dalej, że mały ten ród wzmógł się potem i zamyślał przywłaszczyć sobie panowanie nad ziemią. Dlatego stworzył Bóg smoki, żeby drobiazg ten zapędziły w góry. Ale ponieważ smoki przywykły się gnieździć w dużych jaskiniach i jamach i tam mieszkać, a wiele z nich ogniem zionęło i popełniało niektóre inne okropności, miały stąd karzełki dużo biedy i strapień tak dalece, że w końcu nie wiedziały, gdzie się podziać. Zwróciły się tedy do pana Boga z pokorą i błaganiem, wzywając go w modlitwie, żeby ten niegodziwy naród smoków wytępić przecież raczył. A lubo w mądrości swojej nie mógł on postanowić zguby stworzenia swego, to jednak wielka nędza biednych karzełków tak mu trafiła do serca, że niebawem stworzył olbrzymów, którzy mieli zwalczać smoki i jeżeli ich nie wyniszczyć z kretesem, to przynajmniej uszczuplić ich liczbę. Atoli, gdy olbrzymy załatwiły się już jako tako ze smokami, opanowała ich także zarozumiałość i zuchwalstwo, tak że dokonywali niejednego przestępstwa, zwłaszcza względem dobrych karzełków, które znowu w biedzie swojej zwróciły się do Boga. A ten z mocy swojej stworzył następnie rycerzy, ażeby zwalczali olbrzymów i smoki, a z karzełkami żyli w dobrym porozumieniu. Tym się zakończyło dzieło stworzenia w tej mierze. A stąd poszło, że potem olbrzymy i smoki, jak też rycerze i karzełki, zawsze ze sobą trzymali. Z tego widzieć możesz, mój przyjacielu, że jesteśmy z najstarszego rodu w świecie, co nam wprawdzie cześć zapewnia, ale też prowadzi ze sobą wielki uszczerbek. Mianowicie, ponieważ nic na świecie wiecznie trwać nie może, ale wszystko, co kiedyś było wielkie, musi się umniejszać i drobnieć, tak też i my jesteśmy w tym wypadku, że od stworzenia świata ciągle żeśmy maleli i drobnieli, a przed wszystkimi innymi rodzina królewska, która, z powodu czystości krwi swojej, najpierw podległa temu losowi. Z tego powodu mądrzy mistrzowie nasi od wielu już lat obmyślili wybieg, iż od czasu do czasu wysyłana była księżniczka z domu królewskiego na ziemię, aby wyjść za mąż za jakiegoś uczciwego rycerza, odświeżyć znowu ród karłów i uratować od całkowitej zguby.
Kiedy moja piękna wypowiadała te słowa całkiem szczerze, patrzyłem na nią z niedowierzaniem, bo mi się zdało, jakby ona miała ochotę wywieść mnie w pole. Co się tyczyło jej szczuplutkiego pochodzenia — o tym żadnej już nie miałem wątpliwości. Ale że mnie się chwyciła zamiast rycerza, to mnie przejmowało niejaką nieufnością. Znałem — i owszem — siebie zanadto dobrze, ażebym mógł wierzyć, że przodkowie moi stworzeni zostali bezpośrednio przez Boga.
Zataiłem zdziwienie i wątpliwości, zapytując ją uprzejmie:
— Ale powiedz mi, kochane dziecko, jakim sposobem nabywasz tak wysokiej i okazałej postaci? Mało bowiem znam kobiet, które by z tobą porównać się mogły co do wspaniałej budowy.
— Dowiesz się tego — odparła moja piękna. — Z dawien dawna ustanowiono na radzie królów karlich, żeby się, jak można najdłużej, wystrzegać każdego nadzwyczajnego kroku, co też uważam za naturalne i słuszne. Długo by się jeszcze może ociągano z wysłaniem księżniczki znowu na ziemię, gdyby brat mój, który się po mnie urodził, nie był tak mały, że go niańki z pieluszek zgubiły i nie wiadomo, gdzie się podział. Wobec tego niesłychanego w rocznikach państwa karłów wypadku zgromadzono mędrców i, jednym słowem, zapadło postanowienie, ażeby mnie wysłać na poszukiwanie męża.
— Postanowienie! — zawołałem. — Wszystko to pięknie i dobrze. Można zrobić postanowienie, można coś zadekretować, ale jak zdołali mędrcy wasi nadać karlicy ten kształt boski?
— Przewidzieli to już — odrzekła — nasi przodkowie. W skarbcu królewskim leżał olbrzymi, złoty pierścień. Mówię teraz o nim, jakim mi się wydał, kiedy mi jako dziecku pokazano go na swoim miejscu, gdyż jest to ten sam, który obecnie mam na palcu. Zabrano się tedy do dzieła w sposób następujący: zaznajomiono mnie ze wszystkim, co zamierzano, i nauczono mnie, co mam robić, a czego unikać. Zbudowano pyszny pałac na wzór najmilszej letniej siedziby rodziców moich; budynek główny, oficyny i czego tylko życzyć sobie można. Stał on przy wejściu do wielkiej pieczary skalnej i zdobił ją wielce. W dniu oznaczonym udał się tam dwór oraz rodzice moi wraz ze mną. Wojsko paradowało, a dwudziestu czterech kapłanów niosło w pysznej lektyce, nie bez trudu, cudowny pierścień. Złożono go na progu budynku, w tym miejscu, gdzie się przezeń przestępuje. Odprawiono niektóre ceremonie, a po serdecznym pożegnaniu wzięłam się do roboty. Przystąpiłam, położyłam rękę na pierścieniu i zaczęłam zaraz znacznie rosnąć. W kilka chwil doszłam do obecnej mojej wielkości, po czym natychmiast włożyłam pierścień na palec. W mgnieniu oka zamknęły się okna, drzwi i bramy, oficyny weszły w budynek główny. Zamiast pałacu stała obok mnie skrzyneczka, którą zaraz podniosłam i wzięłam ze sobą, nie bez przyjemnego uczucia, żem taka duża i silna; wprawdzie wciąż jeszcze karlica w porównaniu z drzewami i górami, ze strumieniami i przestrzeniami lądowymi, ale olbrzymka przecież wobec trawy i ziela, a zwłaszcza wobec mrówek, z którymi my, karły, nie zawsze się znajdujemy w dobrych stosunkach i stąd często przez nie jesteśmy trapione. Jak mi się powodziło w wędrówce, zanim ciebie spotkałam, byłoby dużo do opowiadania. Dość, że niejednego wystawiałam na próby, lecz nikt od ciebie nie wydał mi się godniejszy, by odnowić i uwiecznić ród wspaniałego Eckwalda.
Wobec tych wszystkich opowiadań chwiała mi się głowa, chociaż nią właściwie nie potrząsałem. Zadawałem różne pytania, na które jednak nie otrzymywałem konkretnych odpowiedzi. Dowiedziałem się tylko, ku największemu zasmuceniu, że po tym, co zaszło, musi koniecznie wrócić do rodziców. Spodziewała się wprawdzie powrócić do mnie, ale teraz musiała nieodwołalnie się stawić, gdyż w przeciwnym razie wszystko byłoby zarówno dla niej, jak i dla mnie stracone. Woreczki przestałyby niebawem płacić i mogłyby stąd inne jeszcze wyniknąć rzeczy.
Usłyszawszy, że pieniądze skończyć się nam miały, nie pytałem już, co jeszcze więcej stać się mogło. Wzruszyłem ramionami, umilkłem, a ona zrozumiała mnie, jak się zdało.
Spakowaliśmy się i wsiedliśmy do powozu ze skrzyneczką przed sobą, w której atoli nie mogłem jeszcze dojrzeć nic z pałacu. Tak minęliśmy kilka stacji. Opłatę pocztową i napiwki wygodnie i hojnie opłacałem z torebek na prawo i lewo. W końcu dostaliśmy się do okolicy górzystej, a ledwie żeśmy wysiedli, moja piękna poszła przodem, ja zaś na jej rozkaz szedłem za nią ze skrzyneczką. Po dość stromych ścieżkach zaprowadziła mnie do wąskiej dolinki, przez którą jasny strumień to pryskał, to biegł wężykiem. Ukazała mi wtedy płaszczyznę na wzniesieniu, kazała złożyć skrzyneczkę i rzekła: