— Tu za dużo się leje! — zawołała cudnie piękna, uderzając w struny, jakby chciała uwagę towarzystwa odciągnąć od tego zamieszania ku sobie.
Udało się jej rzeczywiście, zwłaszcza gdy wstała — po to jakoby, iżby grę sobie udogodnić — i ciągnęła dalej preludia.
Zobaczywszy czerwone wino, spływające po obrusie, doszedłem do siebie. Uznałem wielki błąd, jaki popełniłem, i byłem naprawdę w duchu skruszony. Po raz pierwszy przemówiła do mnie muzyka. Pierwsza zwrotka, przez nią śpiewana, była przyjaznym pożegnaniem towarzystwa, kiedy się jeszcze czuło zgromadzone w pełni. Przy zwrotce następnej towarzystwo niby się rozpływało, każdy czuł się samotny, rozłączony, nikt nie uważał się już za obecnego. Ale co mam powiedzieć o zwrotce ostatniej? Była ona wyłącznie do mnie zwrócona — był to głos zranionej miłości, która żegna się z niechęcią i zuchwalstwem.
W milczeniu poprowadziłem ją do domu, nie spodziewając się niczego dobrego. Atoli zaledwie żeśmy się dostali do swego pokoju, okazała się ona nadzwyczajnie miła i powabna, a nawet figlarna, i uczyniła mnie najszczęśliwszym ze wszystkich ludzi.
Nazajutrz powiedziałem z zupełną otuchą i miłością:
— Nieraz, uproszona przez wesołe towarzystwo, śpiewałaś, jak na przykład wczoraj wieczorem, wzruszającą pieśń pożegnania. Zaśpiewaj też i dla mnie ładne, wesołe powitanie w tej rannej godzinie, ażebyśmy tego doświadczyli wrażenia, jak byśmy się poznali po raz pierwszy.
— Tego nie mogę, mój przyjacielu — odrzekła poważnie. — Pieśń wczorajszego wieczoru odnosiła się do naszego rozstania, które natychmiast nastąpić musi. Gdyż mogę ci tyle jedynie powiedzieć, że obraza przyrzeczenia i przysięgi pociąga najgorsze dla nas obojga skutki. Ty lekkomyślnie marnujesz wielkie szczęście, a i ja także muszę się wyrzec najmilszych pragnień moich.
Kiedym następnie natarczywie ją prosił, żeby się wypowiedziała jaśniej, ona odparła:
— Zrobić to, niestety, mogę, boć już się skończyło moje przebywanie z tobą. Posłuchaj więc tego, co bym wolała ukryć przed tobą aż do czasów najdalszych. Postać, w jakiej ujrzałeś mnie w skrzyneczce, jest mi rzeczywiście wrodzona i naturalna. Jestem bowiem z rodu króla Eckwalda, potężnego króla karłów, o którym prawdziwe dzieje tyle opowiadają. Lud nasz jest jeszcze wciąż, jak przed wiekami, czynny i pracowity; i dlatego łatwo daje się rządzić. Nie powinieneś atoli wyobrażać sobie, iżby karły w pracach swoich były zacofane. Dawniej najsławniejszymi ich wyrobami były miecze, które ścinały wrogów, kiedy się je za nimi rzuciło, niewidzialnie i tajemniczo wiążące łańcuchy, nieprzebite tarcze i tym podobne rzeczy. Teraz zaś zajmują się one głównie przedmiotami wygody i stroju i przewyższają w tym wszystkie inne narody na ziemi. Zdumiałbyś się, gdybyś mógł obejrzeć nasze warsztaty i składy towarów. Wszystko to byłoby dobre, gdyby w całym narodzie w ogóle, szczególnie zaś w rodzinie królewskiej, nie zachodziła pewna dziwna okoliczność.
Ponieważ milczała przez chwilę, prosiłem ją o dalsze objawienie tych cudownych tajemnic — w czym też natychmiast uczyniła mi zadość.