Na wszystkich takich zabawach żona moja chętnie była widziana, ba, wielce upragniona przez mężczyzn i kobiety. Zachowanie się dobre i przymilne, w połączeniu z pewną wyniosłością, czyniło ją każdemu miłą i szanowną. Prócz tego grała prześlicznie na lutni i śpiewała, a wszystkie wieczory towarzyskie musiał wieńczyć jej talent.

Winienem atoli wyznać, żem nigdy muzyką wielce się nie napawał, że mi, owszem, dawała ona wrażenie nieprzyjemne. Moja ukochana, spostrzegłszy to rychło, nie starała się tedy zabawiać mnie tym sposobem, gdyśmy byli sami. Natomiast w towarzystwie zdawała się wetować to sobie i znajdowała w nim wielu wielbicieli. Ale po cóż mam się zapierać? Ostatnia nasza rozmowa, pomimo najlepszych chęci moich, nie zdołała przecież załatwić całkowicie u mnie tej sprawy; owszem, nastroiła tylko bardzo dziwnie moją wrażliwość, chociaż nie miałem o tym zupełnej świadomości. Otóż pewnego wieczoru, wśród licznego towarzystwa, wybuchło powstrzymywane niezadowolenie, a dla mnie wynikła stąd nader wielka strata.

Kiedy się teraz należycie zastanawiam, to po owym nieszczęsnym odkryciu kochałem daleko mniej moją piękną, a stałem się o nią zazdrosny, co mi przedtem na myśl nawet nie przychodziło. Wieczorem, przy stole, gdzieśmy siedzieli skośnie naprzeciw siebie w dość znacznym oddaleniu, bawiłem się bardzo dobrze z obu swymi sąsiadkami, które mi się od niejakiego czasu wydawały powabne. Wśród żartów i słów miłosnych nie szczędzono wina. Tymczasem po drugiej stronie dwóch przyjaciół muzyki opanowało moją żonę i potrafiło zachęcić i popchnąć towarzystwo do śpiewów — solowych i chóralnych. Z tego powodu wpadłem w zły humor. Dwaj amatorzy sztuki wydali mi się natrętami, śpiew mnie rozgniewał, a gdy ode mnie zażądano zwrotki solowej, wpadłem istotnie w pasję, opróżniłem puchar i postawiłem go bardzo hałaśliwie.

Wdzięk sąsiadek moich natychmiast mnie wprawdzie ułagodził, ale zła to sprawa z gniewem, gdy już raz wybuchnie. Gotowało się we mnie wciąż, chociaż wszystko powinno mnie było usposabiać do wesołości, do wyrozumiałości. Na odwrót — stałem się jeszcze gniewniejszy, gdy przyniesiono lutnię, a moja piękna wtórowała na niej swemu śpiewowi, ku podziwowi wszystkich innych. Na nieszczęście proszono o ciszę ogólną. A więc i gadać już nie mogłem! A tony sprawiały mi ból zębów. Nie dziw przeto, że w końcu maleńka iskierka podpaliła minę.

Śpiewaczka, ukończywszy piosnkę wśród ogromnych oklasków, spojrzała właśnie ku mnie i to nadzwyczaj mile. Niestety, spojrzenie to nie oddziałało na mnie. Zauważyła, żem wychylił puchar wina i na nowo go napełniałem. Wskazującym palcem prawej ręki pogroziła mi ślicznie.

— Pamiętaj pan, że to wino! — rzekła na tyle tylko głośno, żebym mógł usłyszeć.

— Woda jest dla karłów! — zawołałem.

— Moje panie — powiedziała ona do moich sąsiadek — uwieńczcie z całym powabem puchar, ażeby się zbyt często nie opróżniał.

— Nie pozwolisz pan przecież rozkazywać sobie! — szepnęła mi jedna z nich do ucha.

— Czego chce ten karzeł? — zawołałem, gwałtownie się poruszywszy, czym przewróciłem puchar.