Wilhelm, namyśliwszy się tymczasem, rzekł do Montana:

— Czyżbyś istotnie doszedł do tego przekonania, że wszystkie czynności, tak w wykonywaniu jak i w nauczaniu, rozdzielać należy?

— Nie znam nic innego ani lepszego — odparł tamten. — Co ma wykonać człowiek, to musi się od niego oddzielić jakby drugie „ja”, a jakżeby to stać się mogło, gdyby pierwsze jego „ja” nie było tym na wskroś przeniknięte?

— Uważano jednakże wykształcenie wielostronne za korzystne i konieczne.

— Może ono być takie w swoim czasie — odrzekł tamten. — Wielostronność przygotowuje tylko właściwie żywioł, w którym działać może jednostronny, otrzymawszy tym sposobem dosyć pola dla siebie. Tak, teraz jest czas jednostronności. Błogo temu, kto to rozumie i w tym duchu pracuje dla siebie i innych. W pewnych rzeczach pojmuje się to na wskroś i od razu. Wyćwicz się na dzielnego skrzypka i bądź pewny, że kapelmistrz chętnie wskaże ci twoje miejsce w orkiestrze. Zrób z siebie organ i czekaj, jakie ci miejsce wyznaczy rozumnie ludzkość w życiu powszechnym. Dajmy temu pokój! Kto wierzyć temu nie chce, niech idzie swoją drogą, bo i tak niekiedy poszczęścić się może. Ale ja powiadam: służyć od dołu ku górze wszędzie jest rzeczą konieczną. Najlepiej poprzestać na rzemiośle. Dla głowy najszczuplejszej będzie to na zawsze rzemiosłem, dla lepszej sztuką, a najlepsza, robiąc jedno, robi wszystko. Albo, ażeby mniej być paradoksalnym, w tym jednym, co robi dobrze, widzi symbol wszystkiego, co się dobrze robi.

Rozmowa ta, którą szkicowo tylko podajemy, przeciągnęła się do zachodu słońca, który, jakkolwiek wspaniały, zmusił jednak towarzystwo do namysłu, gdzie też noc spędzą.

— Pod dach nie potrafiłbym was zaprowadzić — rzekł Fitz — ale jeżeli zechcecie w ciepłym miejscu u poczciwego, starego węglarza noc przesiedzieć lub przeleżeć, to proszę za mną.

I tak poszli za nim wszyscy osobliwymi ścieżkami do spokojnego miejsca, gdzie się każdy niebawem miał poczuć jak u siebie.

Pośrodku pewnej ograniczonej przestrzeni leśnej wznosiła się, dymiąc i grzejąc, dobrze sklepiona węglarnia; obok chata z gałęzi jodłowych, a przy niej jasny ogieniek. Usiedli, urządzili się. Dzieci skupiły się zaraz koło żony węglarza, która gościnnością przejęta, grzała kromki chleba, by je masłem napoić i posmarować, przygotowując cudnie tłuste kawałki dla zgłodniałych łakomnisiów.

Kiedy następnie chłopcy grali w chowanego wśród zaledwie oświetlonej choiny38, wyli jak wilcy, szczekali jak psy, tak że nawet odważny wędrowiec musiałby się był przestraszyć, przyjaciele rozmawiali poufnie o swoich stosunkach. Atoli do dziwnych zobowiązań pomiędzy wyrzekającymi się należało i to, że spotykając się, nie powinni byli mówić ani o przeszłości, ani o przyszłości — teraźniejszość tylko miała ich zajmować.