Przy pierwszym spojrzeniu na przybysza dostrzegłem, że ma bardzo silny zarost, i domyślałem się, że żaden z jego ludzi nie umie golić. Spotkawszy kelnera, zapytałem:

— Czy pan ten nie pytał o cyrulika?

— A tak! — odpowiedział kelner. — I z tym wielka bieda. Kamerdyner tego pana od dwóch dni jest nieobecny. Pan chce koniecznie pozbyć się swojej brody, a nasz jedyny cyrulik nie wiadomo gdzie poszedł w sąsiedztwo.

— To mnie zameldujcie — odparłem. — Zaprowadźcie mnie do tego pana jako golibrodę, a ja was rozsławię.

Wziąłem narzędzia do golenia, które znalazłem w oberży, i poszedłem za kelnerem.

Starzec przyjął mnie z wielką powagą. Obejrzał mnie od czubka głowy do pięt, jakby chciał z mojej fizjonomii wyciągnąć wniosek o mojej zręczności.

— Czy on rozumie swoje rzemiosło? — rzekł do mnie.

— Nie mam sobie równego — odparłem — nie chwaląc się.

Byłem też pewny swej sprawy, gdyż od dawna uprawiałem tę szlachetną sztukę i tym szczególnie się wsławiłem, żem golił lewą ręką.

Pokój, w którym ten pan się ubierał, wychodził na podwórze i tak był właśnie położony, że przyjaciele nasi mogli wybornie przypatrywać się — zwłaszcza kiedy okna były otwarte. W przygotowaniach niezbędnych niczego już nie brakło. Mój pan zasiadł i zarzucił ręcznik. Bardzo skromnie przystąpiłem do niego, mówiąc: