— Ekscelencjo! Przy wykonywaniu mej sztuki spotykała mnie ta osobliwość, żem ludzi pospolitych golił lepiej i z większym ich zadowoleniem, niż znakomitości. Długo się nad tym zastanawiałem, szukając przyczyny to w tym, to w owym, ale w końcu doszedłem, że na świeżym powietrzu daleko lepiej to robię niż w pokojach zamkniętych. Jeżeliby wasza ekscelencja pozwolił okna otworzyć, to by zaraz odczuł skutek ku własnemu zadowoleniu.

Przyzwolił. Otworzyłem okna, dałem znak przyjaciołom swoim i zacząłem z wielkim wdziękiem mydlić silny zarost. Równie zręcznie i lekko ściąłem ściernisko z pola, przy czym nie omieszkałem, gdy przyszło do wargi górnej, ująć swego łaskawcę za nos i nachylałem go znacznie w tę i ową stronę. A tak potrafiłem stanąć, że zakładający się musieli ku najwyższemu zadowoleniu swemu uznać, iż ich strona przegrała.

Wspaniale poruszał się starzec przed zwierciadłem. Widać było, że się przypatruje sobie z pewnym upodobaniem — i rzeczywiście, był to wielce piękny mężczyzna. Potem zwrócił się ku mnie i patrząc na mnie ognistym, czarnym, ale przyjaznym okiem, rzekł:

— Zasługuje on przed wielu jemu podobnymi na pochwałę, gdyż spostrzegam w nim daleko mniej złych manier niż w innych. I tak: nie przeciąga on dwa i trzy razy po tym samym miejscu, ale robi to jednym pociągnięciem. Nie obciera też, jak wielu, brzytwy o dłoń i nie wnosi plugastwa na nos osobie. Szczególniej wszakże podziwiać trzeba zręczność jego lewej ręki. Oto ma za swój trud — mówił dalej, dając mi guldena183. — Jedno tylko niech sobie zapamięta: ludzi wyższych stanów nie bierze się za nos. Jeżeli tego chłopskiego obyczaju unikać będzie w przyszłości, to może zrobić jeszcze karierę na świecie.

Skłoniłem się nisko i obiecałem, że będę się starał. Prosiłem, żeby mnie zaszczycił po powrocie, i śpieszyłem, jak mogłem, do swych młodych towarzyszy, którzy mi w końcu napędzili strachu. Takie bowiem wyprawiali śmiechy i krzyki, skakali po pokoju jak szaleni, klaskali i nawoływali, budzili śpiących i opowiadali o tym zdarzeniu z nowym wciąż śmiechem i hałasem, że ja sam, wszedłszy do pokoju, zamknąłem przede wszystkim okna i prosiłem ich — na miłość boską — żeby się uspokoili. Wreszcie jednak musiałem śmiać się z nimi na wspomnienie postępku błazeńskiego, którego dokonałem z tak wielką powagą.

Kiedy się po niejakim czasie szalone fale śmiechu do pewnego stopnia uspokoiły, uważałem się za szczęśliwego. Złote sztuki miałem w kieszeni, a nadto — dobrze zasłużonego guldena. Poczytywałem się za wybornie zaopatrzonego, co tym bardziej było pożądane, że towarzystwo postanowiło się rozejść w dniu następnym.

Nie było nam atoli sądzone rozstać się w karności i porządku. Historia owa była zbyt smakowita, żeby ją można było dla siebie zachować, chociaż prosiłem i zaklinałem, iżby trzymać język za zębami — przynajmniej do odjazdu starego pana. Jeden z naszych, przezwany Raptusem, miał stosunek miłosny z córką gospodarzy. Zeszli się ze sobą i Bóg wie, czy nie umiał jej zabawić inaczej, dosyć, że opowiedział jej ten figiel i ledwie się na śmierć nie zaśmieli. Nie skończyło się na tym; dziewczyna rozniosła wieść dalej ze śmiechem. I w ten sposób, jeszcze przed położeniem się do łóżka, mogła ona dojść do starego pana.

Siedzieliśmy spokojniej niż kiedykolwiek, przez cały dzień bowiem dosyć żeśmy się nahałasowali. Nagle mały kelner, który nam wielce sprzyjał, wpadł do nas, wołając:

— Ratujcie się, bo was na śmierć zabiją!

Powstaliśmy, pragnąc dowiedzieć się czegoś więcej, lecz on wybiegł tymczasem za drzwi. Poskoczyłem i zasunąłem rygiel, ale już słyszeliśmy stukanie i bicie do drzwi — ba, zdało nam się, że je rąbią siekierą. Machinalnie cofnęliśmy się do drugiego pokoju. Wszyscy milczeli.