Poznajemy Odoarda jako potomka domu starożytnego, na którego w szeregu pokoleń spłynęły dziedzicznie najszlachetniejsze zalety. Wykształcony w szkole wojskowej, odznaczał się doskonałą przystojnością, która, w połączeniu z cennymi zdolnościami, nadawała jego zachowaniu się powab szczególny. Krótka służba na dworze pozwoliła mu wejrzeć dobrze w stosunki zewnętrzne wysokich osobistości, a gdy następnie — rychło pozyskawszy względy, w orszaku poselskim umieszczony — miał sposobność zobaczenia świata i poznania obcych dworów, bardzo wyraziście uwydatniła się jasność jego pojmowania i szczęśliwa pamięć przeszłości, zwłaszcza zaś dobra wola w przedsięwzięciach wszelkiego rodzaju. Łatwość wyrażania się w kilku językach, przy tym osobistość jego swobodna i nienarzucająca się, powiodły go z jednego szczebla na drugi. Szczęściło mu się we wszystkich poselstwach dyplomatycznych, pozyskał bowiem życzliwość ludzi i przez to miał możność i łatwość usuwania nieporozumień, umiejąc mianowicie zaspokajać obustronne interesy przez sprawiedliwą ocenę przedstawianych dowodów.

Zjednać sobie tak wybornego męża zamierzył więc pierwszy minister. Wydał zań swoją córkę, pannę cudnej piękności, wprawną we wszystkie wyższe zalety towarzyskie. Atoli jak biegowi wszelkiej szczęśliwości ludzkiej staje nieraz tama na drodze, odwracając go w inną stronę, tak zdarzyło się i tutaj. Na dworze książęcym wychowywała się jako małoletnia księżniczka Sofronia, ostatnia gałązka swego konaru, której majątek i wymagania, chociażby kraj i ludność przeszły do stryja, były przecież jeszcze dosyć znaczne. A z tego powodu życzono sobie (że pominiemy dalsze wywody) wydać ją za księcia następcę, daleko młodszego, co prawda, od niej.

Odoarda podejrzewano o skłonność do niej. Zauważono, że w pewnym wierszu zbyt namiętnie ją wysławiał pod imieniem Aurory. Do tego się przyłączyła pewna nieoględność z jej strony, kiedy na przekomarzanie się towarzyszek swoich odpowiedziała hardo, z właściwą sobie siłą charakteru, że chyba by oczu nie miała, gdyby ślepa była na takie zalety.

Przez ożenek podejrzenie owo zostało uśmierzone, ale tajemni przeciwnicy żywili je dalej w cichości i przy okazji wystąpili z nim znowu.

Stosunki państwowe i sprawa dziedziczności, lubo je, jak było można, najmniej poruszano, niekiedy przecież bywały przedmiotem rozmowy. Nie tyle książę, ile roztropni radcy uważali za rzecz zgoła pożyteczną dać spokój tej sprawie, kiedy cisi zwolennicy księżniczki pragnęli widzieć ją załatwioną, a przez to dać szlachetnej damie większą swobodę — zwłaszcza że sąsiedni stary król, krewny Sofronii i jej życzliwy, żył jeszcze i przy sposobności okazywał się gotowy do ojcowskiego nią zajęcia się. Odoard popadł w podejrzenie, że odbywając tam ceremonialne jedynie poselstwo, poruszył na nowo sprawę, którą chciano opóźnić. Przeciwnicy posłużyli się tym zajściem, a teść, którego on przekonał o swej niewinności, musiał użyć całego wpływu swego, aby mu wyrobić jakieś namiestnictwo w oddalonej prowincji. Poczuł się tam szczęśliwy — mógł wszystkie siły swoje w ruch wprawić, były do zrobienia rzeczy konieczne, pożyteczne, dobre, piękne, wielkie. Mógł dokonać czegoś trwałego, nie poświęcając się, gdy wśród tamtych stosunków, zajmując się wbrew przekonaniu rzeczami przemijającymi, można było zginąć samemu.

Nie tak to odczuła jego żona, która rozumiała byt swój tylko w większych kołach i poszła za nim później dopiero z konieczności. On zachowywał się względem niej ile możności pobłażliwie i starał się o wszelkie surogaty dotychczasowego jej szczęścia: latem wycieczki na wieś do sąsiadów, zimą teatr amatorski, bale i cokolwiek tylko jej się podobało. Ba, znosił nawet przyjaciela domu — pewnego przybysza, który od niejakiego czasu wszedł do ich towarzystwa — chociaż mu się tenże wcale nie podobał, gdyż wobec swego jasnego poglądu na ludzi dostrzegał w nim jakąś fałszywość.

Z tego wszystkiego, co tu powiadamy, w obecnej, przykrej chwili jedne rzeczy ciemno i mętnie, inne jasno i wyraźnie przesuwały się zapewne przed jego duszą. Dość, że kiedy po tym poufnym objaśnieniu, do którego dostarczyła materiału dobra pamięć Fryderyka, zwrócimy się znowu do niego samego, to znajdziemy go biegającego gwałtownie po pokoju i objawiającego walkę wewnętrzną gestami i krzykami.

— Wśród takich myśli biegałem gwałtownie po pokoju. Kelner przyniósł mi filiżankę bulionu, którego bardzo potrzebowałem. Z powodu bowiem starannych przygotowań do uroczystości nie wziąłem nic do ust, a pyszna wieczerza stała nietknięta w domu. W tej chwili usłyszeliśmy z ulicy bardzo miły dźwięk rogu pocztowego. „Przybywa z gór”, rzekł kelner.

Poskoczyliśmy do okna i ujrzeliśmy przy blasku dwóch jasno palących się latarni powozowych zajeżdżającą karetę pańską, w czwórkę zaprzężoną, dobrze wypakowaną. Lokaje zeskoczyli z kozła. „Otóż i oni!”, zawołał kelner, śpiesząc do drzwi.

Zatrzymałem go, aby mu wrazić w pamięć, że nie ma mówić, iż ja tu jestem, że nie ma zdradzić, iż cokolwiek zostało zamówione. Obiecał i poleciał.