Tymczasem nie zauważyłem, kto wysiadł. Opanowała mnie nowa niecierpliwość; zdało mi się, że kelner za długo zwleka z przyniesieniem mi wiadomości. Wreszcie dowiedziałem się od niego, że gośćmi są kobiety: podeszła wiekiem dama wyglądająca dostojnie, średnia niesłychanego wdzięku i pokojówka, jakiej tylko życzyć sobie można. „Zaczęła, jak mówił, od rozkazów, ciągnęła dalej pochlebstwami, a kiedym do niej się umizgnął, wpadła w wesołe, figlarne usposobienie, które chyba jest dla jej najbardziej naturalne. Rychło spostrzegłem, mówił dalej, ogólne zadziwienie, że mnie ujrzano tak zwinnym, a dom tak przygotowany na ich przyjęcie: pokoje oświetlone, kominki płonące. Rozgościli się, znaleźli w sali zimną wieczerzę. Zaproponowałem bulion, który był pożądany, jak się zdawało”.

Siedziały tedy panie przy stole. Starsza ledwie tykała potraw, piękna i miła — wcale nie, a pokojówka, którą zwali Łucją, zajadała ze smakiem i podnosiła przy tym zalety hotelu. Cieszyła się z jasnych świec, z cienkiego nakrycia, z porcelany i wszystkich sprzętów. Przy płonącym kominku wygrzała się przedtem i spytała wchodzącego znów kelnera, czy tu tak zawsze są przygotowani — w każdej godzinie dnia i nocy — do przyjmowania gości, przybywających niespodziewanie. Z młodym, zręcznym chłopcem stało się w tym wypadku tak jak z dziećmi, które przemilczają wprawdzie tajemnicę, ale nie mogą ukryć, że im powierzono coś tajnego. Zrazu odpowiedział dwuznacznie, potem zgodniej z prawdą, a w końcu, przyparty do muru żywością pokojówki, pytaniami i odpowiedziami, wyznał, że był tu służący, że był tu pan jakiś, że odszedł i że wrócił znowu. Nareszcie wydał się z tym, że pan jest istotnie na górze i przechadza się zaniepokojony. Młoda pani poskoczyła, inne za nią. „To pewnie stary pan”, mówiły porywczo. Kelner natomiast zapewnił, że młody. One wątpiły, on upewniał o prawdzie tego, co powiedział. Zamieszanie i niepokój zwiększyły się. „To musi być stryj”, zapewniała piękna. „To nie w jego guście”, odparła starsza. Nikt prócz niego nie mógł wiedzieć, że one tu o tej godzinie przybędą, utrzymywała tamta uparcie. Ale kelner upewniał wciąż, że to młody, okazały, silny mężczyzna. Łucja przysięgała natomiast, że to stryj, że temu figlarzowi kelnerowi nie ma co dowierzać, bo już od pół godziny przeczy sam sobie.

Po tym wszystkim musiał kelner pójść na górę i prosić usilnie, żeby pan zszedł śpiesznie na dół, grożąc przy tym, że inaczej damy przyjdą tu same podziękować.

— To zamęt bez granic — mówił kelner dalej. — Nie rozumiem, dlaczego się pan ociąga i nie chce się pokazać. Uważają pana za starego stryja, którego pragną gorąco znowu uściskać. Zejdź pan na dół, proszę. Czyż to nie te osoby, których pan oczekiwał? Nie pogardzaj pan kapryśnie najmilszą przygodą. Warta zobaczenia i usłyszenia jest młoda piękność, są to osoby najprzyzwoitsze. Pośpiesz pan na dół, bo doprawdy one się panu zwalą do izby.

Namiętność rodzi namiętność. We wzruszeniu, w jakim się znajdował, pożądał czegoś odmiennego, obcego. Zszedł w nadziei, że z przybyłymi w wesołej rozmowie poda wyjaśnienia, sam ich zasięgnie, pozna obce stosunki, rozerwie się. A jednakże takiego doznawał wrażenia, jakby szedł na spotkanie stosunku znanego, pełnego grozy. Stał już przed drzwiami. Panie, sądząc, że słyszą krok stryja, pośpieszyły ku niemu. Wszedł. Co za spotkanie! Co za widok! Wielce piękna wydała krzyk i rzuciła się starszej na szyję. Przyjaciel poznał je obie i cofnął się przelękniony. Potem coś go popchnęło naprzód, leżał u nóg jej i dotykał jej ręki, którą natychmiast wyrwała, pocałunkiem — jak najskromniejszym. Zgłoski: „Au-ro-ra!” zamarły na jego wargach.

A jeżeli teraz wzrok nasz zwrócimy do domu przyjaciela naszego, to zastaniemy tam szczególne stosunki. Poczciwa staruszka nie wiedziała po prostu, co robić. Podsycała światło w sieniach i na schodach, jedzenie zdjęła z ognia; niektóre rzeczy popsuły się bezpowrotnie. Pokojówka została przy śpiących dzieciach i pilnowała licznych świec w pokoju, chodząc w tę i ową stronę tak swobodnie i cierpliwie jak tamta — markotnie.

Na koniec powóz zaturkotał. Wysiadła dama i dowiedziała się, że małżonka jej powołano przed kilku godzinami. Wstępując na schody, nie zwracała, zdawało się, wcale uwagi na uroczyste oświetlenie. Staruszka dowiedziała się następnie od lokaja, że w drodze spotkało ich nieszczęście, że powóz wywrócił się do rowu i co potem zaszło.

Dama weszła do pokoju.

— Cóż to za maskarada? — rzekła, wskazując dzieci.

— Wielką by to pani sprawiło przyjemność — odpowiedziała pokojówka — gdyby pani przybyła parę godzin wcześniej.