Wtrąciłem jakieś uwagi swoje i starałem się przychylnym, poufnym współudziałem coraz lepiej serce jej do otwartości nakłonić i mowę jej utrzymać w biegu. Nie zaniechałem też poruszyć z bliska tego, co nie zostało jeszcze całkowicie wypowiedziane, a i ona również coraz bliżej do tego zmierzała. I do tego żeśmy doszli, że przy najlżejszej sposobności wystąpiłaby w słowie jawna już tajemnica.

Powstała, mówiąc:

— Chodźmy do ojca!

Pośpieszyła naprzód, ja szedłem za nią powoli. Potrząsałem głową nad dziwnym położeniem, w jakim się znajdowałem. Wprowadziła mnie do pokoju bardzo czystego, na tyłach położonego, gdzie poczciwy starzec siedział nieruchomy na krześle poręczowym. Mało się zmienił. Podszedłem ku niemu. On spojrzał na mnie zrazu wzrokiem osłupiałym, potem żywszym. Rysy jego wypogodziły się, usiłował poruszyć wargami, a kiedym wyciągnął rękę, by ująć jego dłoń spoczywającą, pochwycił ją sam, uścisnął i poskoczył, otwierając ku mnie ramiona.

— O Boże! — zawołał. — Panicz Leonard! To on, on sam!

Nie wytrzymałem, przycisnąłem go do serca, a on osunął się znów na krzesło. Córka pośpieszyła mu dopomóc. Ona także zawołała:

— To on! To pan jesteś, Leonard!

Nadeszła młodsza siostrzenica; poprowadziły ojca, który nagle mógł chodzić znowu, do komory, a on, zwracając się do mnie, powiedział bardzo wyraźnie:

— Jakie szczęście, jakie szczęście! Niebawem ujrzymy się znowu!

Stałem w zamyśleniu, patrząc przed siebie. Marynia wróciła i wręczyła mi kartkę, oznajmiając, że to ta sama, o której była mowa. Poznałem zaraz rękę Wilhelma, jak poprzednio jego osoba jawiła się przede mną w opisie. Kilka obcych twarzy kręciło się koło mnie, panował jakiś ruch szczególny w sieniach. Przykre to doprawdy uczucie — z entuzjazmu rozpoznania miłego, z przeświadczenia o wdzięcznej pamięci, z dowiedzenia się o dziwnych kolejach życia i z tego, co przy tym ciepłego i pięknego rozwinąć się w nas może, być nagle sprowadzonym do szorstkiej rzeczywistości roztargnień powszedniego istnienia.