*
Sobota, 20 września
Pogrążony w myślach, którym na ich dziwnych manowcach czująca dusza chętnie ze współudziałem towarzyszyć mi będzie, przechadzałem się od świtu nad jeziorem w tę i ową stronę. Gospodyni — czułem zadowolenie, że nie potrzebuję wyobrażać jej sobie wdową — ukazała się, jakby pragnieniu memu czyniąc zadość, najprzód w oknie, potem u drzwi. Opowiedziała mi, że ojciec spał dobrze, wstał pogodnie i wyraźnymi słowy oznajmił, że chce pozostać w łóżku, że mnie dzisiaj widzieć nie będzie, tylko dopiero jutro po nabożeństwie, gdy się z pewnością poczuje wzmocniony. Powiedziała mi następnie, że mnie samego zostawiać dziś musi często, bo to dla niej dzień pełen zajęć. Zeszła na dół i zdała mi z tego sprawę.
Słuchałem, aby tylko jej słuchać. Przy tym przekonałem się, że jest przeniknięta sprawą, że ją przejęła jako obowiązek tradycyjny i ochoczo nią się zajmuje. Mówiła dalej:
— Zwyczajem to ustanowiono, żeby tkanina była gotowa w końcu tygodnia, a w sobotę po południu zanoszona do przedsiębiorcy, który ją przegląda, mierzy i waży, aby zbadać, czy robota jest porządna i bez braków oraz czy mu dostarczono należytą ilość pod względem wagi i miary. A kiedy wszystko okaże się odpowiednie, wypłaca umówioną zapłatę za tkanie. Ze swej strony stara się on utkaną sztukę oczyścić ze wszystkich nitek przypadkowo sterczących i węzłów, ułożyć ją jak najśliczniej najpiękniejszą, najbardziej od braków wolną stronę na wierzch dla oka wysunąć i tym sposobem przedstawić towar jak najkorzystniej.
Tymczasem nadeszło z gór dużo tkaczek, przynoszących swój wyrób do domu. Pomiędzy niemi ujrzałem i tę, która interesowała naszego bardownika. Bardzo ładnie podziękowała mi za pozostawiony podarunek, opowiadając z wdziękiem, że pan bardownik jest u nich, że robi dzisiaj przy ich próżnych krosnach, zapewniając przy rozstaniu, iż co przy nich zrobi, to pani Zuzanna zaraz spostrzeże po robocie. Potem weszła, jak inne, do domu, a ja nie mogłem się powstrzymać, by nie zapytać miłej gospodyni:
— Na miłość Boga! Jakim sposobem dostała pani to dziwne imię?
— Jest to już trzecie — odrzekła — jakie mi narzucają. Przyjęłam je chętnie, gdyż moi teściowie tego sobie życzyli. Było to bowiem imię ich zmarłej córki, której miejsce mnie zająć pozwolili, a imię przecież pozostaje zawsze najpiękniejszym, najżywotniejszym zastępcą osoby.
Odparłem na to:
— Czwarte już jest wynalezione. Nazwałbym panią „Piękną-Dobrą”, o ile by to ode mnie zależało.