Zrobiła ukłon mile pokorny i tak umiała zjednoczyć i wzmóc swoje uniesienie z powodu wyzdrowienia ojca z radością widzenia mnie znowu, że w całym życiu swoim nie mogłem sobie przypomnieć, żebym słyszał i czuł coś pochlebniejszego i przyjemniejszego.

Piękna-Dobra, dwa i trzy razy odwoływana do domu, powierzyła mnie rozumnemu, wykształconemu człowiekowi, który miał mi osobliwości gór pokazać. Szliśmy razem przy najpiękniejszej pogodzie przez wciąż zmieniające się okolice. Łatwo się atoli przekonałem, że nie mogły we mnie obudzić najmniejszej uwagi ani skały i lasy, ani wodospad, ani tym mniej młyny i kuźnie oraz dosyć kunsztownie około drzewa pracujące rodziny. Tymczasem wędrówka była ułożona na dzień cały. Przewodnik niósł w tłumoczku smaczne śniadanie. Na obiad znaleźliśmy dobre jedzenie w karczmie górniczej, gdzie nikt naprawdę rad ze mnie być nie mógł, gdyż dla dzielnych ludzi nie ma nie przykrzejszego jak bezduszne nieinteresowanie się, udające tylko, że je coś zajmuje.

Najmniej atoli rozumiał mnie przewodnik, ku któremu skierował mnie właściwie roznosiciel przędzy, wychwalając wielce moje piękne wiadomości techniczne i szczególne zajęcie się takimi rzeczami. Opowiadał też dużo ów poczciwy człowiek o częstym przeze mnie zapisywaniu i o moich uwagach, na co się też przygotował towarzysz górski. Długo czekał mój przewodnik, żebym wydobył swój pugilares, o który w końcu, zniecierpliwiony do pewnego stopnia, zapytał.

Niedziela, 21 września

Nadeszło niemal południe, zanim mogłem znowu zobaczyć przyjaciółkę. Nabożeństwo domowe, na którym nie życzyła sobie, żebym był obecny, odprawiono tymczasem. Ojciec znajdował się na nim, wypowiadając wielce budujące słowa wyraźnie i zrozumiale. Wszyscy obecni i ona sama byli wzruszeni do łez rzewnych.

— Były to — mówiła — znane sentencje, wiersze, wyrażenia i zwroty, które słyszałam po sto razy, gorsząc się nimi jako pustymi dźwiękami. Tym razem wszakże płynęły one tak serdecznie stopione, spokojnie płonące, wolne od żużli, jak widzimy rozmiękczony metal, spływający korytkiem. Lękałam się bardzo, żeby się wśród tych wylewów duszy nie stargał203, lecz on, zupełnie rześki, dał się zaprowadzić do łóżka. Chciał się w ciszy skupić i jak tylko poczuje w sobie dosyć siły, zawołać do siebie gościa.

Po obiedzie rozmowa nasza stała się żywsza i bardziej poufała. Ale właśnie dlatego lepiej mogłem odczuć i dostrzec, że się gospodyni z czymś wstrzymuje, że walczy z niepokojącymi myślami, tak że się jej niezupełnie powiodło rozpogodzenie oblicza. Spróbowawszy tak i owak przywieść ją do mówienia, wyznałem jej otwarcie, że dostrzegam w niej jakby tęsknotę, jakiś wyraz troski; że powinna mi się zwierzyć, czy to są kłopoty domowe czy handlowe; że jestem dość bogaty, by się jej w jaki bądź sposób wypłacić ze starego długu.

Z uśmiechem zaprzeczyła, iżby tak było.

–- Gdyś pan się pojawił — mówiła dalej — zdawało mi się, że widzę jednego z tych panów, co mi dają kredyt w Trieście. I byłam rada z siebie, żem posiadała pieniądze w zapasie, czy by żądano całej sumy czy jej części. Co mnie jednak dręczy, to istotnie troska handlowa; niestety, nie na tę chwilę, nie! Na całą przyszłość. Biorące górę maszyny niepokoją mnie i przejmują lękiem. Nadchodzą one jak burza, z wolna, z wolna, ale już mają rozpęd, zaraz przyjdą i uderzą. Już mój małżonek przeniknięty był tym smutnym uczuciem. Myśli się, mówi się o tym, lecz ani myślenie, ani mówienie nie może przynieść pomocy. I któż by chciał sobie dobrowolnie uprzytomniać takie okropności! Pomyśl pan, jak wielu ludzi przewija się przez góry takie, z których żeś pan schodził. Jeszcze się unosi przed panem piękne, wesołe życie, które w tych dniach tam widziałeś, o którym najmilsze świadectwo złożył panu wczoraj tłum wystrojony, ze wszech stron napływający. Pomyśl pan, jak to kolejno będzie upadało, obumierało. Jak pustynia, w ciągu stulecia ożywiana i zamieszkiwana, znowu popadnie w swoją prastarą samotność.

Tu pozostają tylko dwie drogi, jedna równie smutna jak druga. Albo sami musimy chwycić się nowości i zniszczenie przyśpieszyć, albo też zerwać się, pociągnąć za sobą najlepszych i najgodniejszych i szukać przyjaźniejszej doli za morzem. Jedno i drugie ma swe niebezpieczeństwa, ale kto nam pomoże do zważenia powodów, które nas do decyzji skłonić mają? Wiem bardzo dobrze, że w pobliżu noszą się z myślą urządzenia maszyn i pochwycenia dla siebie żywności tłumu. Nikomu nie mogę mieć za złe, że siebie uważa za swego najbliższego bliźniego. Ale wydałabym się sobie pogardy godna, gdybym miała ograbiać tych poczciwych ludzi i widzieć w końcu, jak biedni i bezradni na wędrówkę się wybierają; a wywędrować muszą wcześniej lub później. Domyślają się, wiedzą, mówią o tym, a nikt nie postanawia jakiegoś zbawczego kroku. A jednak, skądże ma przyjść postanowienie? Czy i ono dla każdego nie jest tak trudne jak dla mnie?