Narzeczony mój był wraz ze mną zdecydowany co do wychodźstwa. Częstokroć rozmawiał o środkach i drogach wydobycia się stąd. Oglądał się za lepszymi, których by można było skupić koło siebie, z nimi zespolić się w sprawie, ku sobie pociągnąć, za sobą porwać. Wzdychaliśmy, może ze zbyt młodzieńczą nadzieją, do takich okolic, gdzie by uchodzić mogło za obowiązek i prawo to, co by tu było występkiem. Teraz jestem w wypadku wprost przeciwnym: zacny pomocnik, który mi po śmierci męża pozostał, wyborny pod każdym względem, do mnie po przyjacielsku miłośnie przywiązany, zupełnie odmienne ma zdanie.
Muszę o nim mówić, zanim go pan zobaczysz. Wolałabym jednak zrobić to później, gdyż obecność osoby rozwiązuje niejedną zagadkę. Prawie w takim wieku jak mój małżonek, jako mały, biedny chłopiec przystał do zamożnego, życzliwego towarzysza zabaw, do rodziny, do domu, do rzemiosła. Wzrastali razem i trzymali się razem, a jednak były to dwie zupełnie różne natury: jeden otwarty i wylewny, drugi we wczesnej młodości uciśniony, zamknięty w sobie, pilnujący najmniejszego pochwyconego mienia; pobożny wprawdzie, ale myślący więcej o sobie niż o innych.
Wiem doskonale, że od pierwszej chwili zwrócił na mnie oko. Mógł to zaiste zrobić, bom była biedniejsza od niego. Ale się cofnął, jak tylko spostrzegł skłonność przyjaciela swego do mnie. Będąc wytrwale pilnym, czynnym i wiernym, stał się niebawem współuczestnikiem przemysłu. Mąż mój miał w tajemnicy myśl, że gdy my wywędrujemy, jego tu osadzi i jemu powierzy wszystkie pozostałości. Wkrótce po śmierci mego zacnego męża zbliżył się on do mnie, a przed niejakim czasem zaczął okazywać, iż się stara o moją rękę. Lecz oto zachodzi podwójnie dziwna okoliczność, iż on od dawna oświadczył się przeciw wychodźstwu, a natomiast gorąco za tym obstawał, żeśmy powinni zaprowadzić maszyny. Argumenty jego są zaiste naglące, gdyż w górach naszych bawi pewien człowiek, który, w razie gdyby porzucając nasze proste narzędzia chciał zbudować sobie bardziej złożone, mógłby zniszczyć nas do gruntu. Ten człowiek, bardzo zdolny w swym zawodzie (zowiemy go bardownikiem), przychylny jest pewnej zamożnej rodzinie w sąsiedztwie. I wolno mniemać, że zamierza z owych rozwijających się wynalazków skorzystać dla dobra swego i swoich ulubieńców. Dowodzeniu mego pomocnika nic zarzucić nie można, gdyż w pewnej mierze za dużo już czasu zmarnowaliśmy, a jeżeli tamci zyskają pierwszeństwo, to będziemy musieli zrobić to samo, ale już ze stratą. To więc dręczy mnie i lękiem przejmuje, to właśnie każe mi w tobie, najdroższy przyjacielu, widzieć anioła opiekuńczego.
Niewiele pociechy mogłem w tej mierze udzielić. Musiałem uznać tę sprawę za tak zawikłaną, iż prosiłem o czas do namysłu. Ona zaś mówiła dalej:
— Mam jeszcze do oznajmienia niejedno, co położenie moje tym dziwniejszym panu przedstawi. Młodzieniec, który dla mnie osobiście nie jest niemiły, ale który nie zdołałby wcale zastąpić mi mego małżonka ani też pozyskać istotnej miłości — mówiąc to, westchnęła — staje się od pewnego czasu coraz to bardziej natarczywy, a wywody jego są zarówno pełne uczucia, jak i rozsądku. Konieczność oddania mu ręki, nieroztropność myślenia o wychodźstwie i zaniechanie z tego powodu jedynego prawdziwego środka zachowania siebie, zaprzeczyć się nie dają. Toteż mój opór, moja mrzonka o wywędrowaniu wydają mu się tak mało zgodne z moim skądinąd gospodarczym zmysłem, że w ostatniej, trochę gwałtownej rozmowie zauważyć mogłam domysł, że skłonność moja chyba w inną zwraca się stronę.
Ostatnie słowa wypowiedziała z pewnym zająknieniem i spojrzała przed siebie. Co mi przy nich przeszło przez duszę, niech każdy sobie wyobrazi, a jednakże po błyskawicznie zjawiającej się rozwadze, poczułem, że każde słowo zwiększyłoby tylko zamieszanie. Równocześnie, stojąc tak przed nią, nabrałem wyraźnej świadomości, że ją pokochałem w stopniu najwyższym i musiałem użyć całej pozostałej mi reszty rozumu i rozsądku, by jej natychmiast nie ofiarować ręki.
„Niechże zostawi — myślałem — poza sobą wszystko, idąc za mną!”. Ale cierpienia lat minionych powstrzymały mnie. „Maszże na nowo żywić ułudną nadzieję, ażeby za to życiem całym pokutować!”.
Oboje milczeliśmy przez czas jakiś, kiedy Elżusia, której nadejścia nie zauważyłem, stanęła przed nami niespodziewanie, prosząc o pozwolenie spędzenia tego wieczoru w najbliższym zakładzie hutniczym. Pozwolenie otrzymała bez namysłu. Tymczasem przyszedłem do siebie i zacząłem opowiadać w ogólności, jak to w podróżach swoich od dawna widziałem zbliżanie się całej tej sprawy, jak codziennie wzmaga się popęd i konieczność wychodźstwa — pozostaje to jednak wciąż rzeczą najniebezpieczniejszą. Nieprzygotowana ruchawka204 sprowadza nieszczęśliwy powrót, żadne inne przedsięwzięcie nie wymaga tyle ostrożności i kierunku. Ten sposób widzenia rzeczy nie był jej obcy, dużo rozmyślała o tych wszystkich sprawach, w końcu jednak rzekła z głębokim westchnieniem:
— Przez te dni pobytu pańskiego ciągle się spodziewałam, że z poufnego opowiadania zaczerpnę pociechy. Czuję się atoli w gorszym niż poprzednio położeniu; czuję bardzo głęboko, jak jestem nieszczęśliwa.
Podniosła wzrok na mnie, ale, by ukryć łzy wytryskające z pięknych, dobrych oczu, odwróciła się i oddaliła kilka kroków.