Kilka uwag ogólnych znajdzie, jak się spodziewamy, odpowiednie tu miejsce. Stosunek wszystkich mijających się tu osób do Makarii był pełen ufności i uszanowania. Wszyscy czuli obecność wyższej istoty, a jednak każdy wobec takiej osoby miał swobodę przedstawiania się całkowicie w swojej własnej naturze. Każdy pokazuje się, jakim jest, bardziej niż kiedykolwiek przed rodzicami i przyjaciółmi — z niejaką otuchą, gdyż wszystko go pobudzało i skłaniało do objawiania tego tylko, co w nim było dobre, najlepsze. Stąd powstało prawie powszechne zadowolenie.

Nie możemy atoli przemilczeć, że wśród tych do pewnego stopnia w roztargnienie wprawiających okoliczności Makaria trwale się zajmowała położeniem Leonarda. Wypowiadała się też pod tym względem wobec swoich najbliższych, wobec Anieli i astronoma. Ci sądzili, że widzą wyraźnie przed sobą duszę Leonarda. W tej chwili jest on uspokojony, przedmiot jego troski staje się niezmiernie szczęśliwy. Makaria, bądź co bądź, zakrzątnęła się około jego przyszłości. Obecnie miał on mężnie przystąpić do wielkiej sprawy i rozpocząć ją, a resztę pozostawić naturalnemu biegowi rzeczy i losowi. Przy tym można było przypuszczać, iż w przedsięwzięciach owych umacniała go głównie myśl, że kiedyś, jeżeli stanie na pewnych nogach, powoła Piękną-Dobrą za morze albo też sam po nią przyjedzie.

Nie można się tu było powstrzymać od uwag ogólnych. Patrzono z bliska na rzadki wypadek, jaki się tu ujawnił: namiętność ze skrupułów sumienia. Wspomniano też zarazem o innych przykładach cudownego przekształcenia niegdyś powziętych wrażeń, tajemniczego rozwoju wrodzonej skłonności i tęsknoty. Żałowano, że w takich wypadkach niewiele co poradzić można. Ale byłoby nadzwyczajnie stosowną rzeczą, żeby — ile możności — jasno zdawać sobie sprawę i nie ulegać bezwarunkowo takiemu lub innemu pociągowi.

Przyszedłszy atoli do tego punktu, nie możemy się oprzeć pokusie, by z archiwów naszych nie zakomunikować karty, która dotyczy Makarii i szczególnej właściwości, udzielonej jej duchowi. Niestety, artykuł ten dopiero po upływie długiego czasu, kiedy treść była podana, spisany został z pamięci i nie może być uważany, jakby tego życzyć sobie należało w tak dziwnym wypadku, za całkiem autentyczny. Bądź co bądź jednak, tyle się tu przecież wypowie, żeby wzbudzić namysł i zalecić uwagę, choć może coś podobnego lub zbliżonego już gdzieś zauważono i zapisano.

Rozdział piętnasty

Makaria znajduje się w takim stosunku do naszego Układu Słonecznego, że się ledwie odważyć można na wypowiedzenie tego. W umyśle, w duszy, w wyobraźni nie tylko go ogarnia, nie tylko przenika, ale tworzy jakby część jego. Widzi siebie w owe koła niebieskie wciągniętą, lecz w sposób właściwy tylko sobie. Od dzieciństwa krąży około Słońca — i to, jak już odkryto, po linii spiralnej, wciąż się oddalając od środka i kołując ku regionom zewnętrznym.

Jeżeli wolno twierdzić, że istoty, o ile są cielesne, dążą do środka, a o ile duchowe — do obwodu, to przyjaciółka nasza należy do najbardziej duchowych. Na to tylko zdaje się zrodzona, by się od ziemskości wyzwolić, by przeniknąć najbliższe i najdalsze przestrzenie bytu. Własność ta, jakkolwiek jest wspaniała, udzielona jej przecież została od lat najwcześniejszych jako ciężkie zadanie. Przypomina sobie od maleńkości jaźń swoją jako przenikniętą istotami świecącymi, rozjaśnioną światłem, którego by nawet najjaśniejszy blask Słońca zaćmić nie mógł. Często widywała dwa Słońca, mianowicie wewnętrzne i zewnętrzne na niebie, dwa Księżyce, z których zewnętrzny we wszystkich odmianach nie zmieniał się co do wielkości, wewnętrzny zaś wciąż bardziej się zmniejszał.

Dar ten odciągnął jej zainteresowanie od rzeczy zwyczajnych, ale jej zacni rodzice stosowali wszystko ku jej wykształceniu. Wszystkie jej zdolności stały się żywotne, wszystkie czynności — skuteczne, tak że umiała uczynić zadość wszystkim stosunkom zewnętrznym. I kiedy jej serce, jej duch całkiem napełnione były nadziemskimi widzeniami, to jej czynność i działalność zawsze rozwijała się zgodnie z największą szlachetnością, z moralnością. Podrósłszy, zawsze śpiesząc z pomocą, niepowstrzymana w wielkich i małych usługach, chodziła jak anioł boży po ziemi, kiedy jej całość duchowa poruszała się wprawdzie około Słońca wszechświatowego, ale wedle zasady nadświatowej w ciągle zwiększających się okręgach.

Nadmiar tego stanu złagodzony został w pewnej mierze przez to, że i w niej, zdawało się, były dnie i noce, gdyż wobec przytłumionego światła wewnętrznego usiłowała jak najsumienniej spełniać obowiązki zewnętrzne, a wobec na nowo rozświetlającego się wnętrza oddawała się wielce błogiemu spokojowi. Owszem, zauważyła ona, jak mniema, że ją niby chmury jakieś kiedy niekiedy otaczały i przesłaniały jej widok towarzyszy niebieskich na czas jakiś, a epokę taką umiała zawsze zużytkować dla dobra i radości swego otoczenia.

Dopóki te widzenia trzymała w tajemnicy, wiele potrzeba było siły, ażeby je znieść. Co z nich objawiała, tego nie uznawano albo też fałszywie tłumaczono. W długim tedy swym życiu pozwoliła uważać to na zewnątrz za chorobę i tak też mówi się wciąż jeszcze w rodzinie. W końcu jednak dobra dola nastręczyła jej męża, którego u nas widzicie — zarówno szanowany jako lekarz, matematyk i astronom, jest to na wskroś szlachetny człowiek, który się atoli zjawił zrazu właściwie z ciekawości tylko. Ale kiedy ona powzięła do niego zaufanie, kiedy mu powoli opisała swoje stany, kiedy teraźniejszość złączyła z przeszłością i zaprowadziła związek między wypadkami, tak się przejął tym zjawiskiem, że się już nie mógł z nią rozstać i usiłował dzień po dniu coraz głębiej wniknąć w tajemnicę.