— Ja bym wolała o wielu rzeczach zapomnieć, które znam; a co zrozumiałam, także nie wiele to warte — odparła Hersylia wesoło.

Potem zabrał głos Wilhelm i rzekł z namysłem:

— Zwięzłe maksymy wszelkiego rodzaju umiem szanować, zwłaszcza gdy mnie pobudzają do przeniknięcia rzeczy wprost przeciwnych i do pogodzenia ich ze sobą.

— Bardzo słusznie — odpowiedział stryj — toż przecież człowiek rozumny nie miał jeszcze innego zajęcia w całym życiu swoim.

Tymczasem zasiedli się w koło stołu tak gęsto, że spóźnieni ledwie mogli znaleźć miejsce. Przyszli obaj urzędnicy, strzelec, koniuszy, ogrodnik, leśniczy i inni, których zajęcie nie od razu można było odgadnąć. Każdy miał coś z ostatniej chwili do opowiedzenia i oznajmienia, czego stary pan słuchał z zadowoleniem, a nawet wywoływał je pytaniami, świadczącymi o zainteresowaniu. W końcu jednak powstał i pożegnawszy towarzystwo, które się nie miało ruszyć, oddalił się z obydwoma urzędnikami. Owocami nasycali się wszyscy, cukierkami — młodzież (wyglądająca trochę dziko co prawda). Jeden po drugim wstawał, kłaniał się pozostałym i odchodził.

Panny, spostrzegłszy, że na to, co się działo, gość zwracał uwagę z niejakim zdziwieniem, objaśniły tę rzecz w sposób następujący:

— Widzisz pan tu znowu skutki właściwości naszego zacnego stryja. Utrzymuje on, że żaden wynalazek tego stulecia nie zasługuje na większy podziw niż to, że w restauracjach, przy osobnych stolikach, jeść można z karty. Zauważywszy to, starał się to zaprowadzić w swojej rodzinie, tak dla siebie, jak dla innych. Kiedy jest w najlepszym humorze, lubi żywo przedstawiać okropności obiadu rodzinnego, gdzie każdy z członków siada, odrębnymi myślami zajęty, słucha niechętnie, mówi z roztargnieniem, milczy ospale, a jeżeli jeszcze nieszczęście sprowadzi małe dzieci, to chwilową pedagogiką wywołuje najprzykrzejszy rozstrój. „Niejedno złe trzeba znosić, mówił on, od tego potrafiłem się oswobodzić”. Rzadko się ukazuje przy naszym stole i przysiada na krześle, które nań czeka puste, na chwilę tylko. Swoją kuchnię polową zawsze wozi ze sobą; je zazwyczaj sam, a inni niech się troszczą o siebie. Ale kiedy już ofiaruje śniadanie, wety lub jakie ochłody, to się gromadzą wszyscy domownicy i spożywają, co zastawiono, jak żeś to pan widział. Sprawia mu to przyjemność, ale niech nikt nie przychodzi, kto nie przynosi z sobą apetytu. Każdy, co się już nasycił, wstać powinien. Tym sposobem upewnia się, że zawsze jest otoczony przez używających. „Jeżeli się chce zabawić ludzi, słyszałam jego słowa, to trzeba się starać dać im to, czego rzadko albo nigdy nawet dostąpić nie mogą”.

W drodze powrotnej niespodziewany wypadek zmącił nieco nastrój towarzystwa. Hersylia rzekła do jadącego obok niej Feliksa:

— Patrz no tam, jakie to kwiaty? Pokrywają one całą słoneczną stronę pagórka. Nigdym ich jeszcze nie widziała.

Feliks spiął natychmiast konia, skoczył z kopyta i wracając, powiewał z dala całym pękiem kwitnących koron, gdy nagle zniknął wraz z koniem. Wpadł do rowu. Zaraz oddzieliło się od towarzystwa dwóch jeźdźców, pędzących ku owemu miejscu.