Ażeby jednak ten krótki, serdecznie namiętny monolog objaśnić, potrzeba będzie użyć słów sporo.

Profesor N. w N. miał jedynaka, chłopca cudnej piękności, którego do ósmego roku pozostawił staraniom żony, kobiety najzacniejszej. Ona to kierowała godziny i dni dziecka ku życiu, nauce i dobremu postępowaniu. Umarła, a w tej chwili poczuł ojciec, że tej troskliwości osobiście dalej rozwijać nie może. Dotychczas stało wszystko zgodą między rodzicami; pracowali w jednym celu, uchwalali wspólnie, co w najbliższej przyszłości robić należy, a matka umiała wszystko mądrze przeprowadzić. Podwójna tedy i potrójna była troska wdowca, który wiedział i codziennie na własne oczy widział, że nawet synom profesorów akademickich pomyślne wykształcenie cudem tylko dostać się może.

W tym kłopocie zwrócił się do przyjaciela swego, oberamtmana60 w R., z którym już dawniej omówił plany ściślejszych związków rodzinnych. On potrafił doradzić i dopomóc, by syn przyjęty został do jednego z lepszych zakładów naukowych, jakie w Niemczech kwitły, a w którym dbano możliwie jak najlepiej o całego człowieka — o ciało, duszę i ducha.

Syn tedy został tam umieszczony, ale ojciec czuł się zbyt osamotniony, będąc pozbawionym małżonki i oddalonym od miłej obecności chłopca, którego widział bez własnego wysiłku tak pięknie kształconego. I tu się przydała przyjaźń oberamtmana. Odległość miejsc zamieszkania znikła wobec skłonności, wobec przyjemności ruchu, rozrywki. Tu znalazł osierocony profesor w kółku rodzinnym, również niemające matki, dwie piękne, dorastające, a odmiennie miłe, córeczki. Tu obaj ojcowie coraz to bardziej utwierdzali się w myśli, w nadziei zobaczenia kiedyś najradośniejszego połączenia swych domów.

Żyli w jednym, szczęśliwym księstwie. Zacny człowiek pewny był stanowiska swego na całe życia, a pożądany następca — prawdopodobny. Otóż według rozumnego planu rodzinnego i ministerialnego, miał się Lucydor przygotowywać do ważnej posady swego przyszłego teścia. I wiodło mu się to stopniowo. Niczego nie zaniedbano, by przekazać mu całą wiedzę, by w nim rozwinąć wszystkie uzdolnienia, jakich państwo potrzebuje w każdej chwili — więc było tam przestrzeganie surowego prawa sądowego i tego bardziej dowolnego, w którym roztropność i zręczność powinny towarzyszyć wykonawcy; były rachunki do użytku codziennego, nie wyłączając wyższych poglądów, ale wszystko bezpośrednio w zastosowaniu do życia, jak się tym na pewno i nieodwołalnie posługiwać należy.

W tym duchu spędził Lucydor swoje lata szkolne i został przez ojca i opiekuna przygotowany do akademii. Okazywał do wszystkiego talent niepospolity, a nadto zawdzięczał jeszcze naturze to rzadkie szczęście, że z miłości ku ojcu i z uszanowania dla przyjaciela chciał zdolności tam właśnie zwracać, gdzie mu wskazywano — zrazu wskutek posłuszeństwa, potem wskutek przekonania. Posłany został do zagranicznej akademii i tam zarówno według własnych sprawozdań, jak wedle świadectwa nauczycieli i inspektorów, szedł drogą, która go miała zaprowadzić do celu. Tego tylko nie można było chwalić, że w niektórych wypadkach okazywał się porywczo odważny. Ojciec z tego powodu kiwał głową, oberamtman mrugał. Któż by sobie nie życzył takiego syna?

Tymczasem dorastały córki, Julia i Lucynda. Młodsza — nęcąca, miła, niestała, nadzwyczaj rozmowna. Drugą trudno określić, gdyż w prostocie i czystości przedstawiała to, co uważamy za pożądane we wszystkich kobietach. Odwiedzano się wzajemnie, a Julia w domu profesora znalazła niewyczerpane przedmioty zainteresowania.

Geografia, którą umiał ożywić przez topografię, należała do jego zawodu. A gdy tylko Julia spostrzegła jeden tom, których z drukarni Homanna61 stał tam cały szereg, to zaraz wszystkie miasta były oglądane, oceniane, chwalone lub ganione. Wszystkie porty miały szczególne u niej łaski. Inne miasta, jeżeli chciały choć do pewnego stopnia otrzymać jej poklask, musiały się starannie odznaczać licznymi wieżami, kopułami i minaretami.

Ojciec zostawiał ją całymi tygodniami u wypróbowanego przyjaciela. Zyskiwała rzeczywiście na wiedzy i rozwadze i znała dosyć dobrze świat zamieszkały według zarysów głównych punktów i miejscowości. Zwracała też wielką uwagę na ubiory obcych narodów, a kiedy jej opiekun pytał czasami żartem, czy spomiędzy wielu ładnych młodzieńców, co przed oknem się snuli, ten lub ów nie podoba się jej naprawdę, ona odpowiadała: „O tak, rzeczywiście, jeżeli wygląda dziwnie”. A że nasi młodzi studenci nigdy się w tym nie opuszczają, miała więc często sposobność zainteresowania się tym lub owym. Przypominała sobie na nim jakiś ubiór narodów obcych, ale w końcu zapewniała, że musiałby chyba zjawić się przynajmniej Grek, wystrojony całkiem po narodowemu, żeby mu chciała poświęcić szczególną uwagę. Z tego też powodu pragnęła być na jarmarku lipskim62, gdzie takich ludzi można widzieć na ulicy.

Po swych suchych, a niekiedy przykrych pracach, nie miał nasz nauczyciel chwil szczęśliwszych nad te, kiedy ją, żartując, nauczał. I przy tym tajemnie tryumfował, że sobie wychowuje tak miłą, zawsze zainteresowaną, zawsze interesującą synową. Obaj zresztą ojcowie zgodzili się na to, żeby dziewczęta nie domyślały się nawet zamiaru. Ukrywano go także przed Lucydorem.