— Chodź pan na górę — odrzekł starzec, a zwracając się do Lucydora, zapytał:
— No i cóż pan na to?
Lucydor milczał, a szalony junkier nadszedł. Pytania i odpowiedzi wytworzyły długą scenę. Dość, że postanowiono wysłać zaraz masztalerza, by się koniem zaopiekował.
Pozostawiając starca, obaj młodzi pośpieszyli do domu, dokąd niezupełnie wbrew woli dal się zaciągnąć Lucydor. Niech się dzieje, co chce, ale w tych murach przynajmniej zamknięte jest jedyne pragnienie jego serca. W takim rozpaczliwym wypadku nie dbamy o pomoc naszej wolnej woli i doznajemy chwilowej ulgi, jeżeli skądkolwiek przychodzi postanowienie i przymus. Atoli wszedłszy do swego pokoju, znalazł się w stanie najdziwniejszym, jak gdyby ktoś, kto dopiero co opuścił gospodę, zmuszony był wbrew życzeniu swemu znowu wejść do niej dlatego, że się oś złamała.
Wesoły junkier zabrał się zaraz do tłumoczka. Wypakował wszystko bardzo porządnie, ułożył razem wybornie, co tylko było z szat świątecznych, lubo podróżnych. Zmusił Lucydora do wdziania trzewików i pończoch, ułożył mu wijące się, czarne pukle i wystroił go jak najpiękniej. Potem, odstępując i oglądając przyjaciela naszego i swoją robotę od stóp do głów, zawołał:
— No, teraz, przyjacielu, wyglądasz wreszcie na człowieka, co ma niejaką pretensję do posiadania pięknych dzieci, a jest przy tym dość poważny, by się obejrzeć za narzeczoną. Chwilę tylko, a dowiecie się, jak się ja potrafię pchnąć w górę, kiedy godzina wybije. Wyuczyłem się tego od oficerów, za którymi dziewczęta zawsze zerkają, a potem się sam zaciągnąłem do pewnej soldateski81. I teraz patrzą na mnie i patrzą, bo żadna nie wie, co ze mną zrobić. I tak z tego spoglądania na siebie i za siebie, z podziwu i uwagi, powstaje często coś miłego, co, chociażby nie było trwałe, zasługuje przecież na to, żeby mu chwilkę czasu poświęcić... No, ale teraz chodź ty, przyjacielu, i wyświadcz mi podobną przysługę. Kiedy mnie zobaczysz wpełzającego w moją skorupę po kawałku, to nie odmówisz dowcipu i wynalazczości lekkomyślnemu chłopcu.
I pociągnął przyjaciela przez długie, obszerne korytarze starego zamku.
— Usłałem sobie legowisko zupełnie na tyłach. Choć nie pragnę się ukrywać, ale lubię być sam; bo nie można innym dogodzić naprawdę.
Przechodzili koło kancelarii w chwili, kiedy z niej wyszedł służący, niosąc praojcowski kałamarz — czarny, duży i pełny; nie zapomniano też i o papierze.
— Wiem już, co tam ma być znów nabazgrane — zawołał junkier. — Idź i zostaw mi klucz. Zajrzyj no tam, Lucydorze! To pana zabawi, zanim ja się ubiorę. Przyjacielowi prawa lokal taki nie jest nienawistny jako krewnemu po stajni.