I popchnął Lucydora ku sali sądowej.
Młodzieniec poczuł się natychmiast w znanym, odpowiednim sobie żywiole — wspomnienie dni, kiedy wziąwszy się za jakąś sprawę, siedział przy takim stole i ćwiczył się, słuchając i pisząc. Nie uszło też jego uwagi, że stara, wspaniała kaplica domowa obrócona została, wobec zmiany pojęć religijnych, na usługi Temidy82. Na półkach znalazł rubryki i akta, znane sobie dawniej. Sam on, ze stolicy, pracował nad tymi interesami. Otwierając fascykuł83, dostał do rąk reskrypt84, który sam przepisywał na czysto; to znów inny, którego był koncypientem85. Rękopis i papier, pieczęć kancelaryjna i podpis prezydującego — wszystko przywoływało mu na pamięć czasy prawniczego kierunku, młodzieńczej nadziei. A kiedy się potem obejrzał i zobaczył krzesło oberamtmana, dla niego obmyślane i przeznaczone — tak piękną posadę, tak dostojny zakres działalności, na wzgardzenie którym, na stratę którego był narażony... To wszystko dręczyło go podwójnie i potrójnie, gdy w tym samym czasie postać Lucyndy zdawała się oddalać od niego.
Chciał wyjść, a znalazł się uwięzionym. Dziwny przyjaciel, z lekkomyślności czy ze złośliwości, odchodząc, zamknął drzwi za sobą. Ale przyjaciel nasz nie pozostał długo w tym wielce przykrym zamknięciu. Tamten powrócił, przeprosił i obudził rzeczywiście dobry humor swoją osobliwą powierzchownością. Niejaka krzykliwość barw i kroju ubrania jego przytłumiona była smakiem naturalnym, jako to nawet tatuowanym Indianom nie możemy przecież odmówić pewnego uznania.
— Dzisiaj — zawołał — nudy dni minionych powinny być nam wynagrodzone. Przybyli dobrzy przyjaciele, weseli przyjaciele, ładne dziewczęta, figlarne, zakochane istoty, a dalej także mój ojciec i, cud nad cudami, ojciec pański. To dopiero będzie feta; wszyscy są już zgromadzeni w sali na śniadanie.
Lucydorowi nagle tak się zrobiło, jakby patrzył w mgłę gęstą. Wszystkie zapowiedziane postacie, znane i nieznane, ukazały mu się widomie. Atoli charakter jego w towarzystwie czystego serca podtrzymał go. W kilka sekund poczuł się równy wszystkim. Poszedł tedy krokiem pewnym za śpieszącym się przyjacielem, mocno postanowiwszy oczekiwać na wszystko — niech się dzieje, co chce — i oświadczyć swe chęci — niech się stanie, co chce.
A jednak na progu sali zmieszał się. W dużym półkolu przy oknach dojrzał on natychmiast swego ojca obok oberamtmana; obaj byli ubrani uroczyście. Siostry, Antoniego i innych znajomych i nieznajomych objął jednym spojrzeniem, które mu się mgliło. Chwiejnym krokiem zbliżył się do ojca, który go powitał bardzo uprzejmie, ale z pewną ceremonialnością, niedopuszczającą poufnego porozumienia. Stojąc przed tyloma osobami, szukał sobie na tę chwilę stosownego miejsca. Mógłby był stanąć obok Lucyndy, lecz Julia, wbrew przyjętym obyczajom, zrobiła ruch taki, że do niej przystąpić musiał. Antoni pozostał przy Lucyndzie.
W tej ważnej chwili poczuł się Lucydor w charakterze pełnomocnika i zahartowany całą swoją wiedzą prawniczą, przywołał na swą korzyść ową piękną maksymę: „Powinniśmy powierzone sobie interesy przyjaciół traktować jak swoje własne, zatem dlaczegoż byśmy nie mieli traktować swoich w tym samym duchu?”. Wyćwiczony w wywodach dotyczących interesów, przebiegł w myśli szybko, co ma powiedzieć. Tymczasem towarzystwo, skupiwszy się w formalne półkole, zdawało się go prześcigać. Treść swego wywodu znał wprawdzie, ale początku znaleźć nie mógł. Wtem spostrzegł na rogu stołu wielki kałamarz, przy tym kancelistów. Oberamtman zrobił ruch, jakby się przysposabiał do swej mowy. Lucydor chciał go uprzedzić, a w tej samej chwili Julia uścisnęła go za rękę. To całkiem zbiło go z pantałyku. Nabrał przeświadczenia, że już wszystko postanowione, że wszystko dla niego stracone.
Nie było już tedy czego oszczędzać ze wszystkich obecnych stosunków życia, z tych związków rodzinnych, ze względów towarzyskich i przyzwoitości. Spojrzał przed siebie, wyrwał Julii swą rękę i tak szybko podążył do drzwi, że zgromadzenie nie zauważyło jego nieobecności, a on sam na dworze nie wiedział, co się z nim dzieje.
Bojąc się światła dziennego, które w najwyższym blasku nań się zlewało, unikając wzroku spotykanych ludzi, lękając się szukających, kroczył przed siebie i dostał się do wielkiej sali ogrodowej. Tam kolana odmówiły mu posłuszeństwa, zachwiał się i rzucił stroskany na sofę pod zwierciadłem, pośród obyczajnie moralnego społeczeństwa popadłszy w zamęt, który jak fale rozbijał się wkoło niego, w nim i wszędzie. Byt jego miniony walczył z obecnym. Była to chwila okropna.
I tak leżał czas jakiś, twarz pogrążywszy w poduszkę, na której wczoraj spoczywała ręka Lucyndy. Przejęty na wskróś swym cierpieniem, czując jakieś dotknięcie, wyprostował się nagle, nie zauważywszy zbliżenia się jakiejkolwiek osoby. Wtem spostrzegł Lucyndę, stojącą tuż obok niego.