Przypuszczając, że ją przysłano, aby go przyprowadziła, że jej polecono, iżby stosownymi, siostrzanymi słowy wywiodła go do towarzystwa na spotkanie ze wstrętnym losem, zawołał:

— Nie powinni byli ciebie przysyłać, panno Lucyndo, gdyż pani to właśnie stamtąd mnie wypędziłaś. Ja nie wrócę! Daj mi, pani, jeśli zdolna jesteś do litości... Nastręcz mi sposobność i środki do ucieczki. Ażebyś zaświadczyć mogła, iż niepodobna było mnie na powrót sprowadzić, weź pani klucz do mego postępowania, które się pani i wszystkim innym wydawać pewnie musi wariackie. Posłuchaj pani przysięgi, którą w duszy swej złożyłem i którą nieustannie głośno powtarzam: z panią tylko pragnąłbym żyć, młodość swoją spożytkować, rozkoszować się w dalszym też wieku, wiernie i uczciwie czas spędzając. A niech to będzie tak silne i pewne, na co teraz przysięgam, jak to, co kiedykolwiek przed ołtarzem było zaprzysiężone. Opuszczam ciebie, pani, ja, najbardziej godny litości ze wszystkich ludzi.

Zrobił ruch, żeby przed nią umknąć; przed nią, co tak blisko niego stała. Ale ona ujęła go łagodnie w ramiona.

— Co pani robi? — zawołał.

— Lucydorze — odpowiedziała — nie jesteś godny litości, jak sobie wyobrażasz, ale jesteś moim, a ja twoją. Trzymam cię w moich ramionach, nie zwlekaj zarzucić mi swoich. Ojciec twój ze wszystkiego jest zadowolony. Antoni zaślubi moją siostrę.

Zdziwiony, odchylił się od niej.

— Byłoż by to prawdą?

Lucynda uśmiechnęła się i skinęła głową. On uwolnił się z jej objęć.

— Pozwól mi, pani, obejrzeć najprzód z dala to, co tak blisko, tak bardzo blisko do mnie ma należeć.

Ujął jej ręce, stanęli oko w oko!