Julia:

— Dziękuj Panu Bogu. Teraz, kiedy się odpokutowało, już jest wszystko przebaczone. Ja nie chciałam pana, to prawda, ale że pan mnie nie chciał zupełnie, tego nie przebacza żadna dziewczyna. A ten uścisk ręki, zanotuj to pan sobie, był to figiel. Przyznaję, był on dotkliwszy, niż należało, a ja przebaczam sobie w ten tylko sposób, że panu darowuję. Niechże więc wszystko będzie darowane i zapomniane! Oto moja ręka.

Uścisnął tę rękę, a Julia zawołała:

— I oto jesteśmy z powrotem! Znajdujemy się znowu w naszym parku. I tak niebawem w świat szeroki się puścimy i powrócimy pewnie. Spotkamy się znowu.

Dostali się już przed salę ogrodową. Wydała się pusta. Towarzystwo, widząc z przykrością, że pora obiadowa nadmiernie się opóźni, skłoniło się do przechadzki. Antoni atoli i Lucynda pojawili się. Julia wyskoczyła z powozu na spotkanie przyjaciela, dziękowała mu serdecznym uściskiem i nie wstrzymywała łez najradośniejszych. Lica szlachetnego człowieka zarumieniły się, rysy jego się wygładziły, oko patrzało łzawo, a spod pokrywy ukazał się piękny, niepospolity młodzieniec.

I tak obie pary pociągnęły za towarzystwem, z uczuciami, których by nie zdołał natchnąć i sen najpiękniejszy.

Rozdział dziesiąty

Ojciec i syn, w towarzystwie masztalerza, przebywali miłą okolicę, gdy ten, zatrzymując się przed wysokim murem, który zdawał się otaczać znaczny obszar, dał poznać, że teraz trzeba będzie piechotą się zbliżyć do wielkiej bramy, żaden koń bowiem nie bywa dopuszczany do tego obszaru. Pociągnęli za dzwonek, brama się otwarła, chociaż nie widać było żadnej postaci ludzkiej. Szli ku staremu budynkowi, który się im ukazywał pomiędzy odwiecznymi pniami buków i dębów. Dziw brał, kiedy się nań patrzyło, bo chociaż co do formy wydawał się stary, to przecież tak wyglądał, jak gdyby mularze88 i kamieniarze właśnie dopiero co odeszli — tak nowo, cało i czysto przedstawiały się fugi i rzeźbione ozdoby.

Ciężkie, metalowe kółko przy ślicznie obrobionej furcie zachęciło ich do zastukania, czego dokonał Feliks swawolnie, trochę za ostro. I ta bramka odskoczyła, a oni zastali na podwórzu siedzącą kobietę w średnim wieku, zajętą przy krosienkach robotą o ładnym rysunku. Ta powitała zaraz przybyszów, jakby już oznajmionych, i zaczęła śpiewać wesołą piosenkę. Po czym natychmiast wyszła z drzwi sąsiednich kobieta, którą bez trudu można było po przydatkach wiszących u jej pasa uznać za klucznicę89 i czynną gospodynię. I ta, pozdrowiwszy uprzejmie, poprowadziła gości na pierwsze piętro i otwarła przed nimi salę, która przedstawiła się im poważnie: szeroka, wysoko wkoło futrowana, z biegnącym górą szeregiem wizerunków historycznych. Dwie osoby wyszły na ich spotkanie — młoda panienka i wiekowy mężczyzna.

Panna powitała zaraz gościa swobodnie.