Nastąpiły potem inne słowa zachwytu, ale widok pozostał dla niego wciąż cudem, wielkim cudem.
— Że ta miła gwiazda, ukazująca się dzisiaj w pełni i wspaniałości jak rzadko, zadziwi pana swym pojawieniem się, mogłem przewidywać. Ale muszę powiedzieć, nie narażając się na zarzut chłodu, że tu nie widzę cudu, żadnego zgoła cudu!
— I jakżebyś pan mógł widzieć — odparł Wilhelm — kiedy ja go ze sobą przynoszę, w sobie mam, kiedy nie wiem, co się ze mną dzieje! Pozwól mi się pan jeszcze popatrzyć w milczeniu i podziwie, a potem posłuchasz.
Po pewnej przerwie mówił dalej:
— Leżałem we śnie spokojnym, ale głębokim, gdy wtem znalazłem się w sali wczorajszej, lecz sam jeden. Zielona portiera rozstąpiła się, fotel Makarii posuwał się naprzód sam przez się jakby istota żywa, błyszcząc jak złoto. Jej szaty wydawały się kapłańskie, a wzrok jej promieniał łagodnie. Zamierzałem upaść na kolana. U jej nóg skłębiły się obłoki, podnosząc się na podobieństwo skrzydeł, wznosiły świętą postać w górę. Zamiast jej wspaniałego oblicza, ujrzałem w końcu między rozstępującymi się chmurami jaśniejącą gwiazdę, która, ciągle idąc coraz wyżej, złączyła się przez otwarte sklepienie z całym firmamentem93 gwiaździstym, który wciąż się jakby rozszerzał, wszystko obejmując. W tej właśnie chwili pan mnie budzisz. Upojony snem, zataczam się ku oknu z ową gwiazdą żywo jeszcze w oku mi tkwiącą. A kiedy spojrzę, oto przede mną rzeczywiście jutrzenka, tak samo piękna, chociaż może nie tak samo promiennie wspaniała! Ta rzeczywista, tam w górze unosząca się, gwiazda staje na miejscu śnionej i pochłania to, co było wspaniałego w zjawisku. A jednak wciąż patrzę i patrzę, i pan patrzysz razem ze mną na to, co właściwie wraz z mgłą snu powinno było zniknąć sprzed mych oczu.
Astronom zawołał:
— Cud, tak jest, cud! Sam pan nie wiesz, jakie cudowne wypowiadasz słowa. Oby to nie było przepowiednią odejścia wspaniałej kobiety, którą wcześniej czy później spotka podobna apoteoza.
Chcąc odszukać swego Feliksa, który się bardzo wcześnie wymknął po cichu, pośpieszył tego ranka Wilhelm do ogrodu i ku zdziwieniu swemu ujrzał go uprawianym przez pewną liczbę dziewcząt. Wszystkie, jeżeli nie piękne, to przynajmniej niebrzydkie — żadna nie zdawała się mieć lat dwudziestu. Ubrane były przeróżnie, stosownie do miejscowości, z których pochodziły; czynne, wesoło witały i pracowały dalej.
Spotkała go Aniela, która, kierując robotą i nadzorując ją, chodziła w tę i ową stronę. Gość wyraził wobec niej swój podziw dla tak ładnej i aktywnej kolonii.
— Ona nie umiera — rzekła Aniela — zmienia się, ale pozostaje wciąż taka sama. Bo z dwudziestym rokiem wchodzą one, jak i wszystkie mieszkanki naszego zakładu, w życie czynne, zazwyczaj w stan małżeński. Wszyscy młodzieńcy z sąsiedztwa, pragnący mieć dzielną małżonkę, bacznie spoglądają na to, co się u nas dzieje. A wychowanki nasze nie są bynajmniej trzymane w zamknięciu. Już się znajdowały na niejednym jarmarku, już były widziane, pożądane i zaręczone. Dlatego też wiele rodzin pilnuje tego, by, jak tylko będzie u nas miejsce, wprowadzić tu swoje dziewczęta.