Z żywym wrażeniem bywa tak jak z inną raną. Nie czuje się jej, kiedy się ją odbiera. Dopiero potem zaczyna dolegać i jątrzyć się. Tak się i mnie zdarzyło z owym spotkaniem w ogrodzie. Ile razy byłem samotny, ile razy byłem niezajęty, stawał przed duszą moją ów obraz błagającej dziewczyny, z całym otoczeniem, z każdym drzewem i krzakiem, z miejscem, na którym klęczała, z drogą, którą poszedłem, by się od niej oddalić... Słowem, całość jakby świeżo odbita. Było to wrażenie niewygasłe, które przez inne obrazy i uczucia mogło być wprawdzie zacienione, zakryte, ale nigdy zniszczone. Wciąż odnawiane, występowało ono w każdej spokojnej godzinie. A im dłużej trwało, tym boleśniej odczuwałem winę, jaką ściągnąłem na siebie wbrew moim zasadom i mojemu przyzwyczajeniu, chociaż niewyraźnym, lecz zajękliwym97, po raz pierwszy w takim wypadku zakłopotanym przyrzeczeniem.
W pierwszych listach nie zaniedbałem zapytać pełnomocnika naszego, jak sprawa poszła. Odpowiedział wymijająco. Potem zawiesił odpowiedź na ten szczegół, następnie słowa jego były dwuznaczne, w końcu zamilkł zupełnie. Odległość wzrastała, więcej przedmiotów wcisnęło się między mnie a moją ojczyznę. Musiałem zrobić niejedno spostrzeżenie, musiałem brać udział w niejednej rzeczy. Zniknął obraz, zniknęła dziewczyna wraz z imieniem prawie. Rzadziej pojawiało się jej wspomnienie. A zachcianka moja, by się ze swoimi porozumiewać nie za pomocą listów, lecz znaków, wiele się do tego przyczyniła, żeby dawniejszy stan mój ze wszystkimi warunkami swymi niemal zanikł. Teraz dopiero, kiedy się znowu zbliżam do domu, kiedy zamierzam oddać rodzinie mojej z procentami to, bez czego się dotychczas obchodziła, teraz właśnie ten żal dziwny (sam go dziwnym nazwać muszę) znów mnie z całą potęgą opanowuje. Postać dziewczyny odświeża się wraz z postaciami moich krewnych. I niczego bardziej się nie lękam, jak usłyszeć, iż ona przepadła wśród tego nieszczęścia, w które ją popchnąłem, gdyż niedopełnienie obietnicy wydało mi się działaniem na jej zgubę, pogorszeniem jej smutnego losu. Tysiąckrotnie powiedziałem już sobie, że uczucie to jest w gruncie rzeczy słabością, żem od początku do owego prawa nieprzyrzekania nigdy popchnięty został obawą żalu, nie zaś szlachetniejszą jakąś pobudką. A oto żal ów, którego unikałem, zdaje się mścić na mnie, chwytając się tego wypadku zamiast tysiąca innych, ażeby mnie dręczyć. Przy tym ten obraz, to wyobrażenie, co mnie męczy, jest tak przyjemne, tak miłe, że lubię przy nim bawić. A kiedy myślę o tym, to pocałunek, jaki wycisnęła na mej ręce, teraz jeszcze piec się zdaje.
Leonard zamilkł, a Wilhelm odrzekł szybko i wesoło:
— Nie mógłbym więc wyświadczyć panu większej przysługi niż dodatkiem do mego sprawozdania, jak to nieraz przypisek zawierać może najbardziej interesującą część listu. Mało wiem wprawdzie o Walerynie, gdyż dowiedziałem się o niej mimochodem tylko, ale z pewnością jest ona żoną zamożnego właściciela ziemskiego i żyje zadowolona, jak mnie zapewniała ciotka jeszcze przy pożegnaniu.
— Doskonale! — odrzekł Leonard. — Teraz nic mnie nie zatrzymuje. Dałeś mi pan rozgrzeszenie. Natychmiast tedy jedziemy do krewnych, którzy i tak już dłużej na mnie, niż wypada, czekają.
Wilhelm odparł na to:
— Niestety, nie mogę panu towarzyszyć, gdyż krępuje mnie dziwne zobowiązanie: nigdzie nie bawić dłużej nad dni trzy i nie wracać przed rokiem do miejsc, które opuszczam. Daruj mi pan, że nie mogę wyjawić powodu tego dziwactwa.
— Bardzo mi przykro — odrzekł Leonard — że tracimy pana tak rychło, że i ja także nie mogę w czymś współdziałać dla pana. Ale ponieważ już jesteś pan na drodze czynienia mi dobrze, to mógłbyś mnie pan uczynić bardzo szczęśliwym, gdybyś pan odwiedził Walerynę, dokładnie się o jej położeniu wywiedział i następnie, pisemnie lub ustnie (trzecie miejsce spotkania łatwo się znajdzie), podał mi dokładną o tym wiadomość dla mego uspokojenia.
Omówiono propozycję szczegółowiej, wskazano Wilhelmowi miejsce pobytu Waleryny. Podjął się odwiedzenia jej. Wyznaczono trzecie miejsce, dokąd miał przybyć baron i przywieźć Feliksa, który tymczasem pozostał z kobietami.
Przez czas jakiś Leonard i Wilhelm, jadąc konno obok siebie po rozkosznych łąkach podczas różnorodnej rozmowy, odbywali drogę wspólnie, póki się nie zbliżyli do gościńca i nie dopędzili powozu barona — powozu, który teraz konwojowany przez swego pana miał się znaleźć znowu w swym miejscu rodzinnym. Tu przyjaciele zamierzali się rozstać i Wilhelm w kilku uprzejmych słowach pożegnał się, obiecując baronowi raz jeszcze rychłą wiadomość o Walerynie.