— Zastanowiwszy się — odrzekł Leonard — że byłoby to bardzo małe zboczenie, gdybym towarzyszył panu, dlaczegóż bym ja sam nie miał odwiedzić Waleryny? Dlaczegóż bym sam nie miał się przekonać o jej szczęśliwym położeniu? Byłeś pan tak dobry, żeś się na posła ofiarował; dlaczegoż byś pan nie zechciał być moim towarzyszem? Bo towarzysza mieć muszę, moralnego rzecznika, tak jak się bierze prawnych rzeczników, jeżeli się uważa, iż się samemu nie da rady w rozprawie sądowej.
Zarzuty Wilhelma, że w domu oczekują nieobecnego od tak dawna, że zrobiłoby to dziwne wrażenie, gdyby powóz sam przybył i tym podobnie, nie skutkowały w przypadku Leonarda i Wilhelm musiał się w końcu zdecydować grać rolę towarzysza, przy czym z powodu następstw, których się można było obawiać, nie bardzo miło mu było na sercu.
Nauczono służących, co mają powiedzieć, przybywszy, a przyjaciele puścili się drogę, prowadzącą do miejsca zamieszkania Waleryny. Okolica wydawała się bogata i urodzajna — istotne siedlisko rolnictwa. A i w tym obszarze, który należał do męża Waleryny, ziemia była zupełnie dobra i uprawiona starannie. Wilhelm miał czas przyjrzeć się dokładnie krajobrazowi, gdy Leonard w milczeniu jechał obok niego. W końcu ten zaczął:
— Ktoś inny na moim miejscu starałby się może zbliżyć do Waleryny niepoznany, boć to zawsze przykre uczucie stawać w obliczu tej, którą się zraniło. Ale ja wolę tego się chwycić i znieść zarzut, którego się lękam od jej pierwszych spojrzeń, niżbym się miał od niego zabezpieczać zamaskowaniem i nieprawdą. Nieprawda może nas zarówno jak prawda wprawić w zakłopotanie. A jeżeli zważymy, jak często ta lub tamta korzyść nam przynosi, to zawsze chyba się opłaci raz na zawsze oddać się prawdzie. Idźmy tedy naprzód z ufnością. Nazwę się po imieniu, a pana wprowadzę jako mego przyjaciela i towarzysza.
Przybyli tedy na dziedziniec i zsiedli w jego obrębie. Poważny mężczyzna, ubrany w prosty sposób, którego mogli poczytać za dzierżawcę, wystąpił na ich powitanie i przedstawił się jako pan domu. Leonard wymienił swoje nazwisko, a właściciel wydawał się niezmiernie uradowany, że go widzi i że znajomość z nim zawiera.
— Co też powie moja żona — zawołał — kiedy zobaczy znowu siostrzeńca swego dobroczyńcy! Nie może się ona dosyć nawspominać i naopowiadać, co ona i jej ojciec zawdzięczają pańskiemu stryjowi.
Jakież dziwne uwagi krzyżowały się rączo w umyśle Leonarda! „Czy ten człowiek, wyglądający tak uczciwie, kryje swą gorycz poza uprzejmą twarzą i gładkimi słowami? Czyżby on potrafił zarzutom swoim nadać tak miłą powierzchowność? Bo czyż stryj mój nie uczynił tej rodziny nieszczęśliwą? I czyżby to mogło pozostać mu nieznane? Albo też — tak myślał sobie, nabierając rychło otuchy — może sprawa nie poszła tak źle, jak sobie wyobraższ? Boć całkiem pewnej wiadomości nie miałeś nigdy”. Takie przypuszczenia w nim się kłębiły, kiedy pan domu polecił zaprzęgać, aby kazać przywieźć żonę, która pojechała w odwiedziny do sąsiadów.
— Jeżeli tymczasem, zanim przybędzie żona, mam pana zabawić po swojemu, a zarazem załatwiać w dalszym ciągu swoje zajęcia, to proszę pójść wraz ze mną w pole i obejrzeć, jak ja gospodarstwo swoje prowadzę. Gdyż dla pana, jako wielkiego posiadacza ziemskiego, nic chyba ważniejsze nie jest jak szlachetna umiejętność, szlachetna sztuka uprawiania roli.
Leonard nie przeczył, Wilhelm lubił się uczyć, a rolnik znał doskonale swoją ziemię, którą nieograniczenie posiadał i opanował. Co przedsiębrał, było zgodne z zamiarem; co zasiewał i sadził, to zupełnie na właściwym miejscu. Umiał sposób gospodarowania i jego przyczyny tak wyraźnie wyłuszczyć, że każdy to zrozumiał i uważałby za rzecz możliwą zrobić i sprawić to samo — złudzenie, w które się łatwo popada, kiedy się przypatruje mistrzowi, któremu wygodnie wszystko idzie od ręki.
Goście okazali się bardzo zadowoleni i rozpływali się w pochwałach i uznaniu. Przyjmował to wdzięcznie i uprzejmie, lecz zarazem dodał: