— A któż dostanie to, co jest w plecaku?
— Weź to sobie, ale najpierw przynieś mleko. Dalejże — rozkazała.
Pietrek nie doił jeszcze w życiu tak prędko jak tym razem, mając ciągle w myślach plecak z nieznaną zawartością, którą posiadł na własność. Podczas gdy oboje pili mleko, zajrzał do wnętrza. Zatrząsł się z radości na widok wielkiego kawała mięsa, potem zajrzał ponownie, żeby się upewnić, że tak jest w istocie, i wsadził rękę, by pochwycić zdobycz. Ale cofnął się nagle, ogarnięty wątpliwością. Przecież przed chwilą wygrażał pięściami temu panu, który mu zrobił podarek ze swego obiadu. Pietrek uczuł skruchę i nie był w stanie wziąć się do jedzenia. Nagle podskoczył, pobiegł w to samo miejsce i uniósł wysoko obie dłonie, rozłożone płasko na znak, że całkowicie unieważnia wygrażanie pięściami. Stał tak chwilę, potem zaś wrócił do plecaka z uczuciem, iż sprawa została wyrównana, a mając czyste sumienie, zaczął z rozkoszą jeść przysmaki.
Doktor długo chodził z Heidi i z ożywieniem rozmawiał, potem zaś oświadczył, że pora mu wracać, ona zaś pewnie zechce jeszcze zostać wśród kóz. Heidi nie zgodziła się, by zacny doktor sam jeden wracał z hali, postanowiła go więc odprowadzić do chaty dziadka, a nawet jeszcze dalej. Poszli, trzymając się za ręce; dziewczynka nie przestawała opowiadać o różnych rzeczach, pokazywała przyjacielowi miejsca, gdzie kozy pasały się z upodobaniem, gdzie latem rosły kępy żółtych, lśniących różyczek złotojeści, czerwonej centurii42 i innych kwiatków. W końcu jednak doktor powiedział, by wróciła. Pożegnali się. On poszedł dalej ku dołowi, a Heidi stała długo jeszcze, patrząc za odchodzącym. Tak robiła zawsze córeczka doktora, gdy wychodził z domu.
Jesień tegoroczna była bardzo pogodna. Doktor przychodził każdego dnia na halę, skąd udawał się w dalszą wędrówkę. Często chodził z dziadkiem w góry, gdzie się chwiała w silnym wietrze kosodrzewina, a drapieżny ptak, zapewne tam gdzieś mieszkający, krążył nisko nad ich głowami, kracząc głośno. Doktor bardzo polubił swego towarzysza. Przekonał się, że Halny Dziadek zna dokładnie każde ziele rosnące na hali, wie, na co należy je używać i jak cenne posiada przymioty, zarówno żywiczna jodła, jak wonna sosna, kędzierzawy mech, najbardziej niepozorny kwiatek, słowem, wszystko, co wydaje bujna gleba alpejska.
Dziadek opowiadał też przyjacielowi o życiu, obyczajach i uciesznych nieraz nawykach małych i dużych zwierząt, mieszkających w szczelinach skał, jaskiniach lub też w koronach drzew.
Czas płynął doktorowi niepostrzeżenie, a ile razy ściskał na pożegnanie dłoń towarzysza, powtarzał stale:
— Drogi przyjacielu! Codziennie czegoś się od pana uczę!
Najpiękniejsze jednak dni spędzał doktor z Heidi. Siadali na tym samym, co pierwszego dnia, miejscu na zboczu pastwiska, dziewczynka deklamowała coraz to inne hymny, opowiadała różności, a Pietrek siadał za nimi, ale złagodniał całkiem i nigdy już nie wygrażał pięściami.
Tak minął piękny wrzesień. Pewnego dnia doktor przybył znacznie mniej wesoły niż zazwyczaj. Powiedział, że musi zaraz nazajutrz wracać do miasta, co go smuci, gdyż bardzo pokochał halę i jej mieszkańców. Zmartwiła ta wiadomość dziadka, który z przyjemnością codziennie z nim rozmawiał, a Heidi, nawykła do codziennego widywania drogiego przyjaciela, wprost pojąć nie mogła, że nagle go straci. Doktor pożegnał dziadka, pytając, czy pozwoli, by go Heidi odprowadziła kawałek drogi. Poszli, trzymając się za ręce, a dziewczynka i teraz jeszcze nie wierzyła, że odchodzi.