— Tak! Teraz jeszcze miseczka — rzekł dziadek. — Heidi nie umie pić jak ty, prosto z wymienia. Udoisz jej w południe dwie pełne miseczki, bo dziecko pójdzie z tobą i zostanie do wieczora. Uważaj, by nie spadło ze skał... rozumiesz?

W tej chwili wbiegła Heidi, wołając:

— Teraz już chyba słońce mnie nie wyśmieje, dziadku? — spytała żywo. Natarła twarz, szyję i ramiona grubym ręcznikiem, który dziadek położył obok cebra, tak silnie, że była czerwona jak rak.

Uśmiechnął się na ten widok i rzekł:

— Nie ma już powodu cię wyśmiewać. Ale gdy wrócisz, musisz się cała skąpać w cebrze, bo kto chodzi za kozami, brudzi sobie nogi. Teraz możecie iść.

Ruszyli wesoło w górę. Nocny wiatr zdmuchnął ostatnią chmurkę z nieba, które ciemnoszafirowe teraz, sklepiło się nad nimi, a pośrodku błyszczało słońce. Jego jasne promienie złociły zieleń łąk, a niebieskie i żółte kwiatki rozwierały kielichy, patrząc wesoło w niebo. Heidi biegała na wszystkie strony, nie posiadając się z radości. W jednym miejscu kwitły czerwone, w innym błękitne lub żółte kwiatki i to całymi łanami, wabiąc ku sobie dziewczynkę, która wobec tych wspaniałości zapomniała nawet o kozach i Pietrku. Wybiegała daleko naprzód, to znów zbaczała z drogi, zrywając masami kwiatki do fartuszka. Postanowiła je powtykać w siano swego legowiska, by wyglądało jak łąka. Pietrek musiał patrzeć na wszystkie strony, co było nie łatwym zadaniem, gdyż jego oczy, okrągłe niby kule, poruszały się dość powoli. Kozy także naśladowały Heidi, biegając tu i tam, toteż Pietrek gwizdał i nawoływał nieustannie, by zgromadzić rozbiegane zwierzęta.

— Gdzieżeś się to znowu zapodziała, Heidi? — krzyczał trochę groźnym głosem.

— Tu jestem! — odpowiedziała skądś.

Pietrek nie mógł jej widzieć, gdyż siedziała na ziemi za małym pagórkiem porosłym macierzanką. Powietrze przepajał zapach, jakiego Heidi dotąd nie znała. Tkwiąc w tej gęstwie, wdychała woń pełną piersią.

— Chodźże, chodź! — wołał Pietrek. — Nie wolno ci spaść ze skały! Dziadek zabronił, rozumiesz?