— A gdzie te skały? — spytała, nie ruszając się z miejsca, gdyż podobny do kadzidła zapach stawał się coraz to milszy.

— Tam, wysoko, bardzo wysoko! Mamy jeszcze długą drogę przed sobą, więc chodź. Na szczycie skał siedzi drapieżny ptak i skrzeczy.

To pomogło. Heidi skoczyła na równe nogi i z fartuszkiem pełnym kwiatów przybiegła do Pietrka.

— Masz już dość! — powiedział, wspinając się razem z nią wyżej. — Nie zrywaj więcej, bo ciągle będziesz zostawała w tyle, a zresztą zabraknie ci ich na jutro.

Ta ostatnia racja przekonała ją w zupełności. Zresztą fartuszek był niemal pełny. Szła zatem dalej z Pietrkiem, a kozy także szły w większym porządku, gdyż już z daleka zwęszyły smakowite zioła wyżynnych pastwisk i dążyły ku nim wytrwale. Zwyczajną, codzienną kwaterą Pietrka i pastwiskiem jego kóz była obszerna łąka u podnóża stromych skał, które, obrosłe w niższej części krzakami i kosodrzewiną7, dalej sterczały nagie i strome w niebo. Hala po jednej stronie opadała ostrym zboczem i dziadek miał słuszność, ostrzegając przed niebezpieczeństwem. Gdy tu dotarli, Pietrek zdjął plecak i troskliwie umieścił go w niewielkim zagłębieniu, z obawy, by silniejszy podmuch wiatru nie stoczył na dół tych skarbów. Potem położył się jak długi na oblanej słońcem trawie, wypoczywając po trudach wędrówki.

Heidi odwiązała fartuszek, zwinęła go starannie wraz z kwiatami, położyła obok Pietrkowego plecaka, potem zaś usiadła koło leżącego i zaczęła się rozglądać. Dolina, rozlśniona porankiem, leżała nisko w dole. Heidi miała przed sobą rozległe pole śniegowe, sięgające, zdało się, samego nieba, po lewej zaś stronie olbrzymi masyw skalny, uwieńczony jakby zębatymi wieżyczkami. Wyglądało to bardzo poważnie, tak że dziewczynka zamilkła i siedziała bez słowa wśród ogromnej ciszy. Lekki powiew wiatru muskał różyczki złotojeści8, które chwiały się wesoło na cienkich łodyżkach. Znużony Pietrek zasnął, a kozy wspinały się po skałach, ogryzając krzaki. Czegoś równie pięknego Heidi nigdy dotąd nie przeżyła. Wchłaniała promienie słońca i woń kwiatów, nie pragnąc niczego, tylko by zostać tu na zawsze. Minęło sporo czasu. Dziewczynka tyle razy spoglądała na strome skały, że nabrały one powoli wyglądu jakby rysów twarzy i patrzyły teraz na nią jak starzy dobrzy przyjaciele.

Nagle usłyszała nad sobą głośny, ostry wrzask i skrzeczenie. Spojrzawszy w górę, ujrzała ogromnego ptaka, jakiego nie widziała w życiu. Unosił się na potężnych skrzydłach, krążąc tuż nad jej głową, zataczał wielkie koła, skrzecząc coraz głośniej.

— Pietrek! Pietrek! Zbudź się! — wykrzyknęła. — Patrz, patrz, przyleciał drapieżny ptak.

Zerwał się na to wołanie i oboje patrzyli na ptaka, który wznosząc się coraz wyżej w błękity, znikł wreszcie za szarą skałą.

— Gdzie poleciał? — zapytała Heidi, która przez cały czas z napięciem śledziła orła.