— W takim razie zaprosimy ją na miękką kanapę pokrytą zieloną materią49 — odparł spokojnie.

Heidi zaczęła się zastanawiać, gdzie jest ta zielona kanapa, ale przerwało jej głośne gwizdanie i okrzyki. Wybiegła z szopy i zaraz dostała się w trzodę kóz, skaczących tak wesoło i wysoko, jak może nigdy jeszcze. Potrącały ją jak zawsze, becząc i cisnąc się jedna przez drugą, ale Pietrek rozpędził je batem na prawo i lewo, gdyż miał coś dla Heidi. Kiedy wreszcie do niej podszedł, podał jej list.

— Masz! — powiedział, pozostawiając dalsze wyjaśnienia samej dziewczynce.

— Czy list dla mnie dostałeś na pastwisku? — spytała, gdyż Pietrek wracał właśnie z góry.

— Nie — odrzekł.

— Skąd go więc wziąłeś?

— Z plecaka.

I tak było. Poprzedniego wieczora listonosz wręczył mu list. Pietrek schował go do plecaka, rano włożył tam swój chleb z serem i poszedł. Zabierając kozy starego Halnego Dziadka, widział i jego, i Heidi, ale ruszył dalej i dopiero w południe, wygarniając z plecaka resztki okruszyn, znalazł list.

Heidi przeczytała uważnie adres, potem wbiegła co żywo do szopy i krzyknęła, pokazując list dziadkowi:

— Z Frankfurtu! Od Klary! Czy chcesz posłuchać, dziadku?