Przystał z ochotą, a Pietrek także nastawił uszu, oparłszy się plecami o odrzwia, co miało mu dodać sił do przyjęcia wieści.
„Droga Heidi! — czytała dziewczynka. — Wszystko już spakowane i wyjedziemy za parę dni, po rozstaniu się z ojczulkiem, który przed podróżą do Szwajcarii musi jeszcze być w Paryżu. Pan doktor przychodzi codziennie i wypędza nas na halę. Nie może się doczekać naszego odjazdu. Bardzo mu dobrze było na hali. Przez całą zimę zjawiał się niemal co dzień, by opowiadać. Siedząc przy mnie, rozwodził się szeroko o wszystkim, co dotyczy ciebie, dziadka, o całej hali, kwiatach, górach, ciszy wyżynnej, o wioskach, drogach i niezrównanym powietrzu. Powtarzał ciągle, że tam każdy człowiek musi odzyskać zdrowie. Sam zmienił się na korzyść, odmłodniał i poweselał. Cieszę się bardzo na myśl, że cię zobaczę i poznam wszystko, nawet kozy i Pietrka! Przedtem jednak muszę odbyć sześciotygodniową kurację w Ragaz, po czym, jak pan doktor powiedział, zamieszkam w osiedlu, a każdego pogodnego dnia będą mnie wozić do ciebie, na halę. Babunia zostaje ze mną, co ją także bardzo cieszy, gdyż będzie cię mogła odwiedzać. Pomyśl, panna Rottenmeier nie chce jechać, chociaż babunia pyta codziennie: »Cóż z tą podróżą, droga Rottenmeier? Jeśli ma pani ochotę, proszę się nie krępować«. Ona jednak dziękuje strasznie uprzejmie i powiada, że nie chce się narzucać. Wiem, czemu tak jest. Sebastian po odwiezieniu ciebie naopowiadał okropności o hali, o straszliwych skałach, przepaściach, otchłaniach i głazach tak wielkich, że tylko kozy mogą po nich chodzić, a człowiek na każdym kroku może spaść i zginąć na miejscu. To odebrało jej całą ochotę i nie marzy już o Szwajcarii. Strach ogarnął także Tinetę. Przyjedziemy więc tylko we dwie z babunią, a Sebastian odwiezie nas i wróci.
Nie mogę się doczekać widzenia z tobą. Bądź zdrowa. Babunia zasyła ci stokrotne pozdrowienia.
Twoja wierna przyjaciółka Klara”.
Wysłuchawszy listu, Pietrek skoczył i zaczął smagać biczem w prawo i lewo, tak że kozy rozpierzchły się ze strachu i zbiegły z góry, wykonując wprost niebywałe skoki. On pędził za nimi, wymachując biczem z taką wściekłością, jakby walczył ze srogim nieprzyjacielem. Spodziewane przybycie gości frankfurckich doprowadziło go do złości.
Heidi promieniała radością i zaraz nazajutrz zapragnęła się podzielić nowiną z babką. Była to nie lada rzecz powiedzieć, kto przyjedzie, a kto nie, zwłaszcza że babka znała każdą osobę z opowiadania i brała żywy udział we wszystkim, co dotyczyło Heidi. Ruszyła sama, zaraz po południu. Słońce przyświecało jasno, ziemia obeschła, toteż była to miła wycieczka, zwłaszcza że wiatr popędzał ją trochę z tyłu. Babka siedziała znowu przy swoim kołowrotku, ale miała przygnębiony wyraz twarzy. Od wczorajszego wieczora trapiła się i przykre myśli nie pozwalały jej spać. Pietrek wrócił rozzłoszczony i powiedział, że cała czereda obcych ludzi z Frankfurtu zjeżdża na halę. Nie wiedział, co nastąpi potem, babka jednak zaczęła nad tym rozmyślać i te myśli pozbawiły ją snu.
Heidi wbiegła, przysunęła sobie zydelek i opowiedziała wszystko z ogromnym zapałem, który jeszcze bardziej ją podniecił. Nagle umilkła w połowie zdania, pytając po chwili trwożnie:
— Nie cieszy cię to, widzę, wcale, babko?
— Cieszy mnie, cieszy, drogie dziecko, ze względu na ciebie! — zapewniła, starając się przybrać trochę weselszą minę.
— Wiem dobrze, że cię to martwi. Czy myślisz, że panna Rottenmeier mimo wszystko przyjedzie? — rzekła Heidi jeszcze trwożniej.