— O, jakże tu pięknie, droga Śnieżko! Jakżebym chciała z wami zostać!
Heidi odnalazła tymczasem kwietne pole i wydała okrzyk zachwytu. Cała łąka wokoło stała się złota od złotojeści. W dali widniała fioletowa łąka dzwonków i błękitna gencjan. Pachniało tu, jakby ktoś rozlał balsam, a zapach ten szerzyły brązowe, niepozorne kwiatuszki, wytykające małe główki spośród złocistych kielichów złotojeści. Stała przez chwilę, oddychając tą falą, potem zawróciła pędem do Klary, zadyszana i podniecona.
— Musisz przyjść! Musisz koniecznie! — krzyknęła już z daleka. — Są przecudne! A wieczorem pozamykają się pewnie. Zaniosę cię! Jestem silna!
Klara spojrzała na nią ze zdziwieniem i potrząsnęła głową.
— Cóż to za pomysł, Heidi? Jesteś dużo mniejsza ode mnie. Ach, czemuż nie mogę chodzić?
Heidi rozejrzała się. Wpadło jej do głowy coś nowego. Pietrek siedział niedaleko i gapił się na dziewczęta. Od całych godzin trwał tak w bezruchu, jakby nie mógł pojąć, kogo ma przed sobą. Zniszczył wrogi wózek, żeby ta cudzoziemka pojechała sobie precz, na zawsze i żeby wszystko zostało po dawnemu. A oto w chwilę potem zobaczył ją na pastwisku i siedzi sobie, jak gdyby nigdy nic, przy Heidi. Było to niemożliwe, a stało się i Bóg wie, jak długo jeszcze może trwać.
Heidi spojrzała na niego.
— Pietrek, chodź tu! — krzyknęła.
— Nie przyjdę! — wrzasnął.
— Musisz przyjść! Sama nie dam rady, pomożesz mi! Chodź zaraz!