Dziadek nie rzekł ani słowa więcej. Zrobił z chustek siedzenie, złożył na nim Klarę i spytał, czy jej wygodnie.
— Tak wygodnie, jak w wózku! — odrzekła z podziękowaniem. — Ach! Cóż to piękny stąd widok! — dodała, rozglądając się.
Dziadek życzył dziewczętom wesołej zabawy, polecił Heidi rozdzielić w porze obiadowej jedzenie ze złożonego w cieniu plecaka i kazał, by Pietrek wydoił Białuszkę i dał obu dziewczętom tyle mleka, ile tylko zechcą. Obiecał wrócić o zachodzie, wpierw jednak chciał zbadać sprawę z wózkiem.
Na ciemnym niebie nie było jednej chmurki, wielkie pole śniegowe błyszczało mnóstwem złotych i srebrnych gwiazd, szare olbrzymy skalne sterczały dumnie, jak od prawieków, i patrzyły z powagą w dolinę. Wielki ptak krążył w lazurze, a spoza gór wiał orzeźwiający podmuch. Dziewczętom było niezmiernie błogo. Czasem przybiegała któraś z kózek i kładła się przy nich na chwilę. Najczęściej przytulała się do Heidi mała Śnieżka i ustępowała dopiero odtrącona przez inną. Klara zapoznała się teraz z każdą z osobna i nauczyła się rozróżniać je po szczególnych cechach.
Oswojone szybko z Klarą, pocierały głowy o jej ramiona, co znamionowało wielką sympatię i bliską znajomość.
Po paru godzinach Heidi przyszła ochota, by zajrzeć w miejsce, gdzie rosło mnóstwo kwiatów, i przekonać się, czy kwitną. Pewnie już zamkną kielichy, gdy nadejdzie dziadek i zaniesie tam Klarę. Pragnienie rosło z każdą chwilą i na koniec wybuchło:
— Czy nie sprawiłoby ci przykrości, droga Klarciu — spytała z wahaniem — gdybym na małą chwilkę zostawiła cię samą? Chcę tylko spojrzeć na kwiatki? Ale czekaj... — Heidi przyszła do głowy pewna myśl.
Zerwała rosnącą w pobliżu kępkę ziół, objęła za szyję Śnieżkę, która do niej podbiegła, i przyprowadziła ją do Klary.
— Teraz nie będziesz sama! — rzekła Heidi, naciskając z lekka kozę, która zrozumiawszy, zaraz się położyła. Potem rzuciła pęczek ziół na kolana przyjaciółki, która chętnie przystała na to, by Heidi poszła na pole kwietne, ona zaś została w towarzystwie kozy.
Heidi pobiegła, Klara zaś podawała gałązkę po gałązce zwierzątku, które przytuliło się do niej z zaufaniem. Biedna Śnieżka, prześladowana ciągle w trzodzie, tu mogła wreszcie zażyć spokoju. Zachwycało to dziewczynkę, że jest sama na hali ze słabą kózką, która w niej widzi swą opiekunkę. Poczuła pragnienie, by odzyskać siły i stać się pomocą dla innych, zamiast być od nich zależną. Nieznane dotąd myśli napłynęły jej do głowy, chciała żyć tu dalej w słońcu i szerzyć radość w sercach, jak teraz z tym koźlątkiem. Poczuła, że wszystko, co dotąd robiła, może być lepsze, piękniejsze, i obejmując Śnieżkę za szyję, wykrzyknęła: