— Tak jak dotąd — odparł.

— Tak, tak! — powiedziała babka, wzdychając z lekka. — Sądziłam, że z czasem nastąpi jakaś zmiana. Na świętego Marcina15 skończysz już wszakże dwanaście lat.

— Czemuż to ma nastąpić zmiana, babko? — spytała Heidi z zaciekawieniem.

— Mógłby, sądzę, nauczyć się czytać. Mam tam na półce stary modlitewnik z pięknymi pieśniami. Dawno ich nie słyszałam, uleciały mi z pamięci. Miałam więc nadzieję, że gdy Pietrek nauczy się czytać, posłyszę czasem którąś z nich. Tymczasem nie może jakoś dać sobie rady z czytaniem.

— Trzeba by zaświecić lampę! — powiedziała Brygida, która przez cały czas naprawiała kaftan syna. — Ściemniło się całkiem. Popołudnie i dla mnie minęło niepostrzeżenie.

Heidi zerwała się ze stołka, wyciągnęła do babki rękę i rzekła:

— Dobranoc, babko, muszę wracać do domu, gdy się ściemni.

Pożegnała Brygidę, Pietrka i skierowała się ku drzwiom. Zatroskana o nią babka zaczęła wołać:

— Czekajże, Heidi! Nie możesz iść sama, Pietrek cię odprowadzi. Uważaj na nią, Piotrusiu, by nie upadła, a idźcie żwawo, gdyż inaczej zmarznie. Czy ona ma na sobie ciepłą chustkę?

— Nie mam chustki — wykrzyknęła od progu Heidi — ale wcale nie zmarznę.