Brygida wyszła. Halny Dziadek wbijał właśnie z rozmachem nowe klamry w mur. Przystąpiła doń, mówiąc:
— Dobry wieczór, Halny Dziadku! Matka pozdrawia was także i prosi, byście łaskawie zajrzeli do nas. Chcemy podziękować za tę wielką przysługę. Nikt inny by tego, naprawdę, nie uczynił, chcemy więc obie podziękować...
— Dość pustych słów! — powiedział Halny Dziadek. — Wiem dobrze, co o mnie sądzicie. Wracaj do domu. Sam znajdę to, co trzeba naprawić.
Odeszła posłusznie, bo niepodobieństwem było się opierać, gdy Halny Dziadek coś rozkazał. Pukał i stukał po całym domu. Wszedł wąskimi schodkami pod sam dach, stukał i pukał dalej, dopóki nie wbił ostatniego z przyniesionych gwoździ. Tymczasem zapadł mrok, a ledwo, skończywszy pracę, wyciągnął sanki zza koziej stajenki, wyszła Heidi i została jak wczoraj zapakowana w worek. Dziadek niósł ją, ciągnąc sanki za sobą. Gdyby na nich siadła, spadłaby z niej cała osłona i przemarzłaby bardzo, albo i całkiem na dobre zamarzła. Dziadek dobrze o tym wiedział i tulił ją do siebie, tak że było jej całkiem ciepło.
Tak mijała zima. Pozbawione wszelakiej radości życie ślepej staruszki po długich latach rozjaśnił promyk wesela. Jej dni nie wlokły się teraz jednostajnie i ponuro, żyła bowiem nadzieją. Od samego ranka nasłuchiwała drobnych kroczków Heidi i wyciągała do wbiegającej ręce, wołając:
— Jest, jest, przyszła!
Dziewczynka siadała blisko niej na zydelku i opowiadała o różnościach tak wesoło, że rozradowana babka zapominała o mijających godzinach. Nigdy, jak to zawsze bywało przedtem, nie pytała:
— Brygido, czy dzień się już skończył?
Teraz po odejściu Heidi mawiała raz po raz:
— Jak szybko minęło popołudnie, prawda, Brygido?