— Cóż się stało z Tobiaszem? — wtrąciła rozciekawiona Barbara.
— Czekajże! Nie mogę opowiedzieć wszystkiego naraz! — oświadczyła Deta. — Tobiasz uczył się rzemiosła w Mels, potem zaś wrócił do osiedla, poślubił moją siostrę, Adelajdę, i żyli z sobą dobrze, gdyż kochali się od dawna. Pewnego dnia belka budującego się domu spadła na głowę Tobiasza, tak że zginął na miejscu. Zaniesiono go do domu, a żona z przerażenia i żalu dostała silnej gorączki, z której się nie wyleczyła. Już jako dziewczyna nie miała sił i zapadała czasem w jakiś dziwny stan pomiędzy snem a jawą. Po kilku tygodniach po Tobiaszu pogrzebano także i Adelajdę. Ludzie gadali szeroko o smutnym losie tej pary, a zdaniem ogółu była to kara, na jaką sobie Dziadek zasłużył swoim bezbożnym życiem. Powiedziano to jemu samemu, proboszcz roztrząsał mu sumienie, nakłaniając do pokuty. On jednak się uparł, zamknął się w sobie, a odtąd każdy schodził mu z drogi. Naraz rozeszła się wieść, że Dziadek wywędrował na halę, niemal wcale stamtąd nie schodzi i żyje w niezgodzie z Bogiem i ludźmi. Małą, roczną dopiero córeczkę Adelajdy wzięłyśmy, wraz z matką, do siebie. Po śmierci matki dostałam miejsce w zakładzie kąpielowym, zaś dziewczynkę umieściłam u starej Urszuli w Pfäffersdorfie. Nawet po sezonie, zimą, przebywałam w zakładzie. Było zawsze sporo roboty, a ponieważ umiem szyć i łatać, więc nigdy nie zaznałam biedy. Wcześnie z wiosną przyjechali państwo z Frankfurtu, których obsługiwałam zeszłego roku, i oto zabierają mnie na dobre. Odjeżdżamy pojutrze, a ta służba jest dobra, zaręczam ci.
— Chcesz dziecko zostawić tam, u starego dziwaka? Dziwi mnie to bardzo! — powiedziała Barbara z wyrzutem.
— No i cóż? — odrzekła Deta. — Zrobiłam wszystko, com zrobić powinna była! Wszak trudno zabierać pięcioletnie dopiero dziecko do Frankfurtu? Ale dokądże to właściwie idziesz, Barbaro? Jesteśmy już prawie na samej hali.
— Mam tu właśnie w pobliżu interes do matki Piotrowej-koźlarki. Przędzie dla mnie len zimową porą. Bądź więc zdrowa, Deto, życzę ci szczęścia!
Deta podała rękę towarzyszce i przystanęła, patrząc, jak zmierza ku małej, ciemnobrunatnej chatce, stojącej opodal w małej kotlince, dość dobrze osłoniętej od wiatru. Było to w pół drogi do osiedla, a zagłębienie skalne chroniło jako tako nikłą budowlę. Mieszkać w tej na poły rozwalonej chałupinie musiało i tak być nie bardzo bezpiecznie, gdyby zaś stała wyżej, wiejący potężnie wiatr halny, pod którego naporem trzeszczały ściany i brzęczały szyby, zmiótłby ją na pewno w dolinę.
Mieszkał tu Pietrek-koźlarz, jedenastoletni chłopak, który każdego ranka szedł do osiedla po kozy, potem zaś wiódł je na halę, gdzie przez dzień cały skubały krótką, pożywną trawę. O zachodzie zręczny Pietrek zbiegał ze swoją lekkonogą trzódką do osiedla, wydawał ostry gwizd, kładąc palec w usta, a właściciele kóz schodzili się, by je odebrać. Najczęściej rodzice posyłali po nie małych chłopców i dziewczęta, gdyż łagodne kózki nie były niebezpieczne. Pietrek tylko przez ten krótki czas wieczorem obcował z podobnymi sobie stworzeniami, zaś w ciągu całego lata za towarzyszy miał jedynie kozy. W domu była matka i ślepa babka, ale Pietrek wyruszał wcześnie rano, a wracał z osiedla późno, rad jak najdłużej bawić się z dziećmi, toteż przebywał w domu tyle tylko, by rano wypić mleka i przekąsić chleba, wieczór zrobić to samo, a potem położyć się i spać jak zabity. Ojciec jego, zwany także Piotrem-koźlarzem, gdyż uprawiał ten sam zawód, zginął parę lat temu, przywalony ścinanym drzewem. Jego matka miała imię Brygida, ale dla porządku zwano ją Piotrową-koźlarką, zaś ślepa babka słynęła w całej okolicy pod nazwą „babka”, po prostu.
Deta czekała dobre dziesięć minut, rozglądając się wokoło za dziećmi i kozami, nie zobaczywszy ich jednak, wyszła nieco wyżej, skąd mogła objąć spojrzeniem całą halę i zbocze, aż do osiedla. Rozglądała się długo, a w jej ruchach i wyrazie twarzy wyraźnie widniała niecierpliwość. Dzieci zbliżały się okrężną drogą, gdyż Pietrek znał różne miejsca, gdzie było coś dobrego do jedzenia dla kóz. Prowadził zatem trzodę bardzo krętą drogą. Dziewczynka zrazu wspinała się z wysiłkiem za swym towarzyszem. Objuczona odzieżą, sapała głośno. Nie mówiąc słowa, spoglądała to na Pietrka, który bosy, ubrany w lekkie spodenki, skakał tu i tam, to znów na lekkonogie kozy, chodzące bez trudu po skalnych głazach i przesadzające rozpadliny. Nagle Heidi usiadła, zezuła prędko trzewiki, zdjęła pończochy, zrzuciła czerwoną chustkę oraz sukienkę, potem drugą, gdyż ciotka Deta włożyła na codzienną jeszcze odświętną, aby nie dźwigać tobołka, i została w lekkiej, białej sukienczynie o krótkich rękawkach. Bardzo ją to rozweseliło. Poskładała rzeczy na kupkę i doścignęła w podskokach Pietrka. Teraz było jej lekko, tak że skakała i wspinała się wzwyż najzręczniej z całego towarzystwa. Pietrek nie zauważył, że Heidi została w tyle. Ujrzawszy ją w nowym stroju, uśmiechnął się wesoło, obejrzał, a na widok kupki odzieży, otworzył usta jeszcze szerzej, od ucha do ucha. Ale nie rzekł ani słowa. Czując się swobodna, Heidi zaczęła rozmowę z Pietrkiem. Musiał odpowiadać na liczne pytania, bo dziewczynka chciała wiedzieć, ile ma kóz, dokąd je wiedzie i co robi, podczas kiedy się pasą. Na koniec oboje wraz z kozami dotarli do chaty, gdzie czekała Deta. Ledwo ich dostrzegła, wykrzyknęła głośno:
— Heidi, cóż to znaczy? Gdzie obie sukienki i chustka? Kupiłam ci przecież nowe trzewiki górskie i nowe pończochy! Gdzież się to wszystko podziało?
Dziewczynka wskazała spokojnie palcem na zbocze góry i rzekła: