— Tam!
Istotnie, leżała tam jakaś kupka, czerwony punkt na wierzchu musiał być właśnie chustką.
— Głuptasie nieznośny! — wykrzyknęła Deta. — Czemużeś się rozebrała? Cóż to znaczy?
— Nie potrzebuję tego wszystkiego! — odparła Heidi, zgoła bez skruchy.
— Głupia, nieznośna dziewczyno! — narzekała Deta. — Któż po to teraz pójdzie? Przecież te rzeczy leżą o pół godziny drogi! Pietrek, pobiegnij prędko i przynieś, cóż stoisz zagapiony i jakby w ziemię wrosły?
— Spóźniłem się dziś! — odrzekł Pietrek powoli, nie ruszając się z miejsca i słuchając, z rękami w kieszeniach, wybuchu Dety.
— Stojąc na miejscu i wytrzeszczając ślepia, spóźnisz się jeszcze bardziej. Chodź no tu! Dostaniesz coś ładnego! Patrz!
Pokazała mu nowego piątaka, który go olśnił po prostu. Bez słowa skoczył na dół, biegnąc najkrótszą drogą w kierunku leżącej odzieży i dopadł do niej ogromnymi susami. Spakowawszy wszystko, wziął zawiniątko pod pachę i wrócił tak szybko, że Deta go pochwaliła i dostał zaraz swoje pięć rappów1. Pietrek schował pieniądz głęboko w kieszeń, a jego usta otworzyły się w szerokim uśmiechu, bowiem nader rzadko miewał takie skarby.
— Zanieś mi to jeszcze do chaty Halnego Dziadka. Przecież idziesz tamtędy! — powiedziała Deta, wspinając się po stromym zboczu tuż za chatą koźlarzy.
Zrobił to chętnie i szedł z tyłu, mając pod pachą tobołek, a w drugiej ręce bat pasterski. Heidi i kozy skakały wesoło wokoło niego. Po trzech kwadransach dotarli na halę, gdzie była chata starego Dziadka, zbudowana na skalnej krawędzi, wystawiona wprawdzie na wszystkie wiatry, ale dostępna również każdemu promieniowi słońca. Słał się stąd przepyszny widok w dolinę. Poza chatą rosły trzy stare, grube jodły, o gęstych, nieprzecinanych gałęziach. Powyżej chaty droga wiodła dalej wzwyż, aż ku niemal prostopadłym szarym skałom. Z początku snuła się przez piękne, trawiaste wyże, potem przez kamieniska porosłe z rzadka krzakami i przepadała w końcu pośród nagich zwałów i bloków kamiennych.