Potem uciekła do pracowni i z ostrożności zamknęła drzwi na klucz, gdyż młode koty były dla niej czymś najstraszniejszym w świecie. Sebastian stał w korytarzu, zanosząc się od śmiechu. Podając Heidi potrawę, zobaczył głowę kociaka, wyglądającą z jej kieszeni, a przewidując wybuch awantury, uciekł, ledwo mając czas postawić półmisek na stole. Teraz, kiedy przebrzmiały już rozpaczliwe okrzyki damy, wszedł i ujrzał Klarę z kociakiem na kolanach, przy niej zaś klęczała Heidi i obie bawiły się zwinnymi zwierzątkami.

— Sebastianie! — odezwała się na jego widok Klara. — Proszę nam dopomóc. Trzeba znaleźć miejsce dla tych kociąt, gdyż panna Rottenmeier się ich boi. Kiedy będziemy same, pobawimy się z nimi. Gdzieby je umieścić?

— O, ja to już załatwię, panno Klaro! — powiedział z wielką gotowością. — Uścielę im w koszyku miękkie łóżeczko i schowam tam, gdzie nie sięgnie spojrzenie bojaźliwej damy!

Wziął się zaraz do roboty, parskając co chwila śmiechem i mrucząc pod nosem:

— Z tego będzie jeszcze niejedna heca!

Sebastiana bawiło trochę, gdy panna Rottenmeier wpadała w gniew.

Minęło sporo czasu i nadeszła już pora spania, gdy dama uchyliła drzwi i spytała przez szparę.

— Czy wyniesiono już te szkaradne zwierzęta?

— Tak jest! Oczywiście! — odpowiedział Sebastian, który krzątał się po jadalni w oczekiwaniu tego pytania. Wziął szybko kociaki z kolan Klary i wyszedł.

Panna Rottenmeier odłożyła na później długie, karcące kazanie, jakie usłyszeć miała Heidi. Gniew, niepokój i oburzenie, których to uczuć mimowolnie Heidi została przyczyną, wyczerpały siły czcigodnej damy. Wycofała się w milczeniu do sypialni, a w ślad jej obie dziewczynki, wielce zadowolone, że kotki mają wygodne legowisko.