Tu urwał raptownie, z całą świadomością udając zmieszanie, i utkwił w podłodze latające oko, a potworne jego usta skrzywiły się w uśmiechu pełnym skruchy. W czasie tej inauguracyjnej przemowy wyraz serdecznego ubawienia przewinął się parę razy po twarzy Daina, ustępując natychmiast pozorowi skupionej uwagi. Czoło Lakamby przecięła głęboka zmarszczka, a usta jego poruszały się gniewnie w czasie oracji premiera. Wśród ciszy zapadłej po mowie Babalacziego rozległ się urozmaicony chór chrapań; to straż przyboczna spoczywała znowu w głębokim śnie. Żaden z trzech ludzi zdążających do własnego celu — na śmierć lub życie — nie zwrócił uwagi na dalekie przelewanie się grzmotu, które w tej samej chwili przejęło serce Niny trwogą o ukochanego.

Po krótkim milczeniu Babalaczi odezwał się znowu, zaniedbując tym razem kunszt kwiecistej wymowy. Zniżył głos i rzucał krótkie, urywane zdania. Dain naraził ich wielki niepokój. Dlaczego nieobecność jego trwała aż tak długo? Ludzie zamieszkujący wybrzeża dolnej Pantai słyszeli wystrzały wielkich armat i widzieli ognisty statek Holendrów błąkający się między wyspami przy ujściu zeki. Lakamba i Babalaczi byli bardzo niespokojni. Pogłoski o klęsce dosięgły ich przed kilku dniami przez usta Abdulli; od tej chwili żyli pod grozą przeczuwanego nieszczęścia, wyczekując powrotu Daina. Zasypiali z lękiem, budzili się w przerażeniu, a dzień cały spędzali w trwodze jak ludzie w obliczu nieprzyjaciela. Wszystko to z powodu Daina. Czy nie uśmierzy trwogi, jaką w nich wzbudzają grożące mu niebezpieczeństwa? Gdyż Lakamba i Babalaczi nie o siebie się troszczą. Żyli zawsze w spokoju, oddani duszą i ciałem wielkiemu radży w Batawii — oby los prowadził go zawsze do zwycięstw ku radości i pożytkowi oddanych mu sług!

— Mój pan Lakamba usychał z niepokoju o kupca, którego wziął pod swoją opiekę — ciągnął Babalaczi. — Abdulla był także niespokojny; bo cóż by powiedzieli źli ludzie, gdyby przypadkiem...

— Milcz, głupcze! — warknął gniewnie Lakamba.

Babalaczi zamilkł z uśmiechem zadowolenia, a Dain, który patrzył na niego jak urzeczony, zwrócił się z westchnieniem ulgi ku władcy Sembiru. Lakamba siedział wciąż nieruchomo; nie podnosząc głowy, spojrzał spod nawisłych brwi na Daina i wydął wargi z głośnym sapaniem. Cała jego postawa wyrażała najżywsze niezadowolenie.

— Mów, o Dainie! — odezwał się w końcu. — Słyszeliśmy różne pogłoski. Przez cały szereg dni przyjaciel mój Reszyd przybywał nocną porą ze złymi nowinami. Wieści lecą na skrzydłach wzdłuż wybrzeża. Ale może są kłamliwe? Więcej teraz łgarstw na ustach ludzi niż za dni mej młodości, lecz nie jestem łatwiejszy do oszukania na stare lata.

— Żadne z moich słów nie kłamie — odparł niedbale Dain. — Chcesz wiedzieć, co się stało z brygiem? Oto dostał się w ręce Holendrów. Wierzaj mi, radżo — dodał z nagłą energią — orang Belanda mają w Sembirze dobrych przyjaciół, bo skądże by wiedzieli, którędy prowadzi moja droga?

Lakamba błysnął ku Dainowi krótkim, wrogim spojrzeniem. Babalaczi podniósł się ze spokojem i podszedłszy do gongu, uderzył weń gwałtownie.

Za drzwiami zaszurały bose nogi. Wojownicy ze straży przebudzili się w kącie i usiedli, gapiąc się w sennym zdziwieniu.

— Tak, wierny przyjacielu białego radży — ciągnął pogardliwie Dain, zwracając się do Babalacziego, który wrócił na swoje miejsce u stóp Lakamby. — Uszedłem niebezpieczeństwu, aby uradować twoje serce. Ujrzawszy statek Holendrów, wpędziłem okręt na brzeg i rozbiłem go o skały. Orang Belanda nie śmieli nas ścigać statkiem i spuścili szalupy. Rzuciliśmy się do łodzi, aby uciec, lecz statek wypuścił na nas ogniste kule i zabił wielu z moich ludzi. Ja jednak ocalałem, o Babalaczi! Holendrzy śpieszą tutaj w pościgu za mną, aby zasięgnąć języka u wiernego swego przyjaciela Lakamby i jego niewolnika Babalacziego. Radujcie się teraz!