— Łodzie, łodzie! Wojenne łodzie jadą! Są już tutaj!

W mgnieniu oka osada zaroiła się znów ludźmi biegnącymi ku rzece. Mężczyźni odwiązywali czółna, kobiety skupiły się w gromadki, spoglądając ku zakrętowi w dole rzeki. Nad drzewami porastającymi brzegi ukazał się lekki kłąb dymu niby czarna skaza na wspaniałym lazurze przeczystego nieba.

Babalaczi stał z liną w ręku, zaskoczony tym widokiem. Spojrzał w dół rzeki, potem w górę ku domowi Almayera i znowu zwrócił się w dół, niepewny, co ma robić. Wreszcie przywiązał czółno z powrotem, rzucił się ku domowi i wbiegł po schodach na werandę.

— Tuanie, tuanie! — zawołał gorączkowo. — Łodzie jadą, wojenne łodzie. Przygotuj się, tuanie. Oficerowie przyjdą do ciebie, wiem to na pewno!

Almayer dźwignął powoli głowę ze stołu i spojrzał na niego tępym wzrokiem.

Mem putih! — krzyknął Babalaczi do Niny. — Popatrz tylko! On nic nie słyszy. Musisz bardzo uważać — dodał znacząco.

Nina skinęła głową z bladym uśmiechem i chciała coś odpowiedzieć, gdy nagle wystrzał armatni wstrzymał słowa na rozchylonych jej wargach. Równocześnie ukazała się parowa szalupa z armatą umieszczoną na przednim pomoście. Uśmiech zgasł na ustach Niny, a z oczu jej wyjrzał znowu czujny niepokój. Od strony dalekich wzgórz nadpłynęło echo jak przeciągłe żałosne westchnienie — niby odzew słany przez kraj w odpowiedzi na głos swoich panów.

Rozdział ósmy

Wieści o rozpoznaniu zwłok złożonych w osiedlu Almayera przebiegły szybko osadę. Większość mieszkańców wyległa na drogę; rozprawiali aż do południa o tajemniczym powrocie i niespodzianej śmierci człowieka, którego mieli sposobność poznać jako kupca. Jego przybycie w czasie północno-wschodniego musonu, długi pobyt w osadzie i nagły odjazd brygu stanowiły niewyczerpany temat rozmów i domysłów. Lecz przede wszystkim rozprawiano o tajemniczym zjawieniu się trupa, który miał być właśnie jego zwłokami. Mahmat krążył od chaty do chaty i od gromadki do gromadki, gotów powtarzać co chwila swoje opowiadanie: jak to spostrzegł trupa zaczepionego sarongiem o kłodę, jak pani Almayer zjawiła się zaraz na jego wołania i rozpoznała zwłoki, zanim je zdążył na brzeg wydostać, i jak Babalaczi kazał wyciągnąć trupa z wody. „Wywlokłem go za nogi — patrzę — a tu nie ma wcale twarzy!” — rozpowiadał Mahmat. „Skądże żona białego mogła poznać, kto to taki?” „Wiadomo — jest czarownicą! A czyście widzieli, jak biały człowiek porwał się i uciekł od trupa? Sadził jak jeleń!” Tu Mahmat naśladował wielkie kroki Almayera ku szczerej radości widzów. Za cały ten kłopot nic się Mahmatowi nie okroiło; pierścień z zielonym kamieniem zatrzymał tuan Babalaczi. „Nic a nic!”, powtarzał Mahmat, spluwając z obrzydzeniem, i szedł dalej szukać słuchaczy.

Wieści dotarły do najdalszych krańców osady i wreszcie do Abdulli. Potężny kupiec siedział w składzie, w chłodnym zaciszu: doglądał urzędników Arabów i ludzi ładujących i wyładowujących czółna przybyłe z górnych okolic rzeki. Reszyd, zajęty wówczas w przystani, został wezwany przed oblicze stryja. Znalazł go — jak zwykle — pełnego spokoju, a nawet pogody, choć wielce zdumionego. Wiedział już od trzech dni o ujęciu czy też zniszczeniu statku Daina: donieśli o tym rybacy znad morza i mieszkańcy niższych okolic Pantai. Wieści wędrowały w górę rzeki od sąsiada do sąsiada, aż wreszcie Bulangi, mieszkający najbliżej osady, zjawił się z tą ważną nowiną u Abdulli, o którego łaski zabiegał. Pogłoski mówiły również o walce i o śmierci Daina na pokładzie własnego okrętu, a teraz cała osada rozprawiała o jego odwiedzinach u radży i o tym, że poniósł śmierć, przeprawiając się przez rzekę w drodze do kampungu Almayera. Ani Abdulla, ani Reszyd nie mogli nic z tego zrozumieć. Reszyd dziwił się bardzo, a przy tym niespokojny był i pełen wątpliwości. Lecz Abdulla, otrząsnąwszy się ze zdumienia, ujawnił rezygnację właściwą ludziom wiekowym, którzy niechętnie zajmują się rozwiązywaniem zagadek. Stwierdził, że Dain w każdym razie nie żyje, przestał więc być niebezpieczny. Po co roztrząsać wyroki losu, szczególniej jeśli są pomyślne dla prawowiernych wyznawców? Tu Abdulla zwrócił się z pobożnym westchnieniem do Allaha, który jest łaski pełen i miłosierdzia, po czym uznał, że zajmowanie się tym wypadkiem nie jest na razie potrzebne.