— Widziałam go niedawno — odrzekła wreszcie. — Ludzie mówią prawdę: Dain nie żyje. Czego chcesz ode mnie, tuanie? Muszę już odejść.

W tej chwili właśnie rozległ się wystrzał armatni na pokładzie parowca; odpowiedź zawisła na ustach Reszyda. Zostawił niewolnicę i pobiegł w kierunku domu. W podwórzu spotkał Abdullę zmierzającego ku bramie.

Orang Belanda przybyli — zawołał Reszyd — czeka nas teraz nagroda!

Abdulla pokiwał głową z powątpiewaniem.

— Długo się czeka na nagrodę z rąk białych ludzi — odpowiedział. — Biali skorzy są w gniewie, ale powolni we wdzięczności. Zobaczymy.

Przystanął u bramy, gładząc siwą brodę, i słuchał dalekich okrzyków powitania niosących się z drugiego krańca osady. Zawołał na Taminę, która zabierała się do odejścia.

— Posłuchaj mnie, dziewczyno — rzekł do niej — w domu Almayera znajdzie się dzisiaj wielu białych ludzi. Pójdziesz tam i będziesz sprzedawała ciastka żeglarzom z okrętu. Cokolwiek usłyszysz i zobaczysz, masz mi wszystko powtórzyć. Przyjdź jeszcze przed zachodem słońca, dam ci niebieską chustkę w czerwone kropki. A teraz idź i nie zapomnij, że masz tu wrócić!

Pchnął odchodzącą Taminę końcem długiej laski tak, że aż się potknęła.

— Cóż to za niemrawa niewolnica — rzekł do siostrzeńca, spoglądając niełaskawie na dziewczynę.

Tamina szła z tacą na głowie i oczami wbitymi w ziemię. Przez otwarte drzwi chat biegły ku niej przyjazne nawoływania, zapraszające, aby zaszła z towarem; pogrążona w myślach, nie zwracała na to żadnej uwagi, zaniedbując swoje obowiązki. Od wczesnych godzin ranka napatrzyła się i nasłuchała wielu rzeczy, które napoiły jej serce radością, a zarazem wielkim cierpieniem i trwogą. Przed świtem, zanim opuściła dom Bulangiego, aby udać się do Sembiru, dosięgły jej uszu głosy znad rzeki. Cały dom był jeszcze pogrążony we śnie. Słowa usłyszane w ciemnościach sprawiły, że trzymała teraz w rękach życie człowieka, a w sercu kryła wielki smutek. Lecz nie byłby tego nikt odgadł ze sprężystego jej chodu, śmigłej postawy i twarzy obleczonej w codzienny wyraz apatycznej obojętności. Nie przypuściłby nikt, że prócz ciężaru tacy i całej góry ciastek sporządzonych skrzętnymi rękoma żon Bulangiego Tamina dźwigała brzemię stokroć dotkliwsze. W gibkiej postaci, prostej jak strzała, sunącej wdzięcznie i swobodnie, w łagodnych oczach, wyrażających tylko nieświadomą rezygnację, drzemały wszelkie możliwe uczucia i namiętności, wszelkie nadzieje i wszystkie obawy — przekleństwo życia i ukojenie śmierci. A przecież nic z tego nie było jej znane. Rosła jak te otaczające ją wyniosłe palmy, które dążą ku światłu, pożądają blasku słońca i lękają się burzy, z niczego sobie sprawy nie zdając. Nie żywiła nigdy żadnej nadziei, nie spodziewała się żadnej zmiany. Nie znała innego nieba, wód ani lasów; nie wyobrażała sobie innego świata ani odmiennego życia. Nie doznawała żadnych pragnień, nie czuła miłości, nie lękała się niczego — prócz bicia. Jedynym uczuciem dostępnym dla niej był głód, który zresztą cierpiała rzadko, gdyż Bulangi był człowiekiem bogatym i nie brakowało ryżu w samotnym jego domku na polance. Sytość i brak bólu stanowiły jej szczęście, a nieszczęściem było tylko większe niż zwykle zmęczenie po całodziennej pracy. W gorące noce południowo-zachodniego musonu spoczywała w spokojnym śnie bez marzeń pod jasnymi gwiazdami na pomoście zbudowanym przy chacie nad wodą. Wewnątrz chaty leżał tuż przy progu Bulangi, dalej jego żony i dzieci przy swoich matkach. Słyszała ich oddechy; niekiedy odzywał się zaspany głos Bulangiego lub ostry krzyk dziecka, uciszany zaraz tkliwymi słowami. I zamykała powieki wśród poszeptów ciepłego wiatru, przy wtórze szemrzącej rzeki, nieświadoma tętniącego nieustannie życia tropikalnej natury, która przemawiała do niej na próżno tysiącem cichych głosów z pobliskiego lasu. Wabił ją oddech ciepłego powiewu, ciężkie aromaty snuły się naokoło, a białe majaki przedrannej mgły zwisały nad nią w chwili uroczystego skupienia całej przyrody — przed rozbłyśnięciem zorzy.